- Panie Weasley, może czas, żebyśmy mówili do siebie po imieniu?
Wysoka i szczupła kobieta o kruczoczarnych włosach zwróciała się do Rona. Miała na sobie obcisłe legginsy w panterkę, jinsową kurtkę i białe tenisówki, czyli strój statystycznej mugolskiej dziewczyny. Nic nie wskazywałoby na to, że jest czarownicą, gdyby nie nietypowy środek lokomocji: stary but, który właśnie z obrzydzeniem odrzuciła na bok.
- Wspaniały świstoklik, Mirando! - pochwalił stojący obok rudowłosy mężczyzna.
Kobieta zarumieniła się.
- Dziękuję, Ronaldzie. Lata praktyki.
Odrzuciła na bok długie włosy i kontynuowała:
- A teraz mamy chyba coś do zrobienia, prawda?
- Jasne. Ale powiedz, byłaś już kiedyś w Londynie?
- Nie, jeszcze nie.
- Lepiej będzie, jak ci pomogę - zaproponował usłużnie rudzielec - Chodź za mną.
Skierowali się do zwyczajnie wyglądającej, czerwonej budki telefonicznej. Gdy weszli do środka, Ron wybrał jakieś cyfry na aparacie.
- Skorzystamy dzisiaj z wejścia dla gości - oznajmił. Chwilę później z telefonu dało się słyszeć metaliczny, kobiecy głos.
- Ministerstwo Magii wita gości. Proszę podać imiona, nazwiska i sprawę, w jakiej państwo do nas przychodzą.
- Ronald Weasley i Miranda Marrok - powiedział ze znudzoną miną Ron - Chcę pokazać tej pani Kwaterę Aurorów.
Z dziurki, przez którą zwykle wkłada się do automatu pieniądze do ręki Weasley'a wpadły dwie etykietki z ich imionami i nazwiskami, oraz dopiskiem:
Misja obserwacyjna Kwatery Głównej Aurorów
Mężczyzna dał jeden z kartoników Marrok. W tym momencie kabina zaczęła się trząść.
- Uważaj, Mirando, może lepiej złapiesz mnie za rękę? - zaproponował.
***
- France, mówilam ci już, żie nie miożemi bić razem!
- Oszukałaś mnie, Veruco!
- Nie, France, to nie tak! Nie roziumiesz? Ja miuszę!
- Nie odwracaj kota ogonem, zdrajczyni krwi!
- Więc ti cały czas, khiedy byliśmy rhazem, widzialeś we mni tilko zdrhajczinię krhwi?! Spieprzhaj, Abbot!
- Ale... Weasley, daj spokój, tylko się uniosłem i...
- Phowiedziałam, sphieprzaj!
***
Albus szedł przez ciemny las. Nie był to Zakazany Las, ponieważ drzewa rosły w nim znacznie gęściej. Wokół nie było żywej duszy, tylko jakaś sowa pohukiwała gdzieś daleko. Nagle ktoś zastąpił mu drogę. Nie wiedział, kto to, bo miał na głowie głęboki kaptur. W ręku trzymał skrawek podpalonego pergaminu, na którym widniały dziwaczne znaki.
- Przetłumacz mi to - odezwał się chrapliwym głosem.
- Nie wiem, co to znaczy - skłamał.
Zakapturzona postać stęknęła, i wysunęła swoją spowitą rękawiczką rękę.
- Tłumacz. Natychmiast. Wiem, że znasz te znaki.
Albus obudził się zlany potem. A więc to miał na myśli ojciec, kiedy opowiadał mu o swoich nocnych koszmarach. Kto to był? Po co mu te znaki? Chłopak wyślizgnął się z łóżka i zasunął kotary, żeby wszyscy myśleli, że jeszcze śpi. Cichaczem podszedł do masywnej szafy stojącej w rogu dormitorium. Rozsunął ostrożnie drzwi i wyjął z dna szafy swój kufer. Zdjął wieko i natychmiast wsunął rękę po swój pamiętnik. Otworzył go na pierwszej stronie:
Wczoraj dostałem cię na urodziny. Mama mówi, że też kiedyś pisała pamiętnik i że to wspaniała zabawa. Mam nadzieję, że mówi prawdę, chociaż wolałbym dostać nowy model Błyskawicy, który tata obiecał mi kupić na Święta. Uwielbiam pizzę, a dzisiaj miałem jej tyle, że prawie żołądek mi pękł, podzieliłem się więc z Dalilą Lovegood, która jest o rok młodsza ode mnie, więc teraz ma dziewięć lat, bo ja mam dziesięć. Za rok pójdę do Hogwartu, oczywiście będę w Gryffindorze, tak jak James, mama i tata. Lily nie biorę pod uwagę, ma dopiero dziewięć lat, tak jak Lila, więc nie można jeszcze sprawdzić, jaki ma charakter. Ja zdałem test odwagi, który zrobił nam Jam, a Lily nie chciała, bo miała nieodpowiednie buty, więc kto wie, co z niej wyrośnie. Mam nadzieję, że nie będzie w Slytherinie, to najgorszy dom. Ravenclaw może być, Huflepuff jest dla nieposiadających talentu, jak mówi mój brat. Teddy twierdzi, że Huflepuff jest do bani, bo chodzi tam jego była dziewczyna. Zerwali ze sobą w Walentynki, więc twierdzi też, że nienawidzi tego święta.
Albus skierował wzrok na dół strony, gdzie znajdowały się dziwne znaczki, jak na przykład coś w rodzaju odwróconego "P" połączonego z "G" i nie tylko. Na wszystkich zapisanych stronach widniały podobne symbole, a najdziwniejsze było, że wydawało mu się, iż umie je odczytać...
***
Harry aportował się naprzeciwko wejścia do Kwatery Głównej Aurorów. Szedł przez długi, biały korytarz cicho pogwizdując. Zatrzymał się przed glinianą figurką gargulca.
- Hasło - wycharczał gargulec.
- Sectumsempra - wyrecytował.
- Źle! - gargulec zaświecił się na czerwono - Zostały dwie próby i wzywam oddział aurorów!
- Przecież JA też jestem aurorem... - mruknął Harry.
- Źle! - tym razem figurka zrobiła się purpurowa - Została jedna próba i zostaniesz przechwycony przez aurorów.
Mężczyzna zacisnął pięści, ale wolał się już nie odzywać.
- Qwidditch? - zaryzykował.
Tym razem gargulec przestał świecić i odsunął się od wrót, z których spadł łańcuch. Harry odetchnął z ulgą i przekroczył próg. Zalazł się w ogromnym, przestronnym pomieszczeniu tak białym, jak korytarz. Zachodnia ściana pokryta była różnego rodzaju obrazami przedstawiającymi najczęściej czarne lasy, zdradliwe wody oceanu oraz zwierzęta przypominające duże, czarne króliki z mieniącymi się na wszystkie kolory oczami, zwane pospolicie Zwierzętami Voldemorta, ponieważ nikt nie odważył się wymyslić dla nich jakiejś sensownej nazwy z obawy przed ich gniewem. Po sali w te i we wte przechadzali się aurorzy w białych kombinezonach, lub pełniące patrol chimery. Szatyn skierował się do drzwi pomalowanych na odcień miodowy ze słowami wymalowanymi magiczną, srebrną farbką na belce przypominającej kartonik na wizytówki:
Harry James Potter
Zastępca Zastępcy Głównodowodzącego Aurorów
Wchodzić tylko za wyraźnym pozwoleniem ww. Aurora
Już miał wyciągnąć rękę, aby wpisać kod potrzebny do otworzenia drzwi, gdy wśród głów swoich współpracowników dostrzegł znajomą, rudą czuprynę.
- Nie, to niemożliwe... - zasępił się - Czyżby to był... Ron! - wymówił głośniej ostatnie słowo, aby przyjaciel dowiedział się o jego obecności. Po chwili zauważył, że faktycznie się nie pomylił.
- Harry! - zawołał Ronald idąc w jego stronę. Za nim szła jakaś czarnowłosa kobieta.
- To jest Miranda Marrok - przedstawił koleżankę - Mirando, to jest Harry.
- Potter? - zdziwiła się dziewczyna i wyciągnęła w jego stronę dłoń z pomalowanymi na czerwono paznokciami - To zaszczyt cię poznać! Tyle o tobie słyszeliśmy w Meksyku... Koleżanki nie uwierzą, że naprawdę z tobą rozmawiałam!
- Bardzo mi miło - powiedział chłodno - Ron, musimy pogadać. Pani zgodzi się zostać - dodał widząc, że Miranda stara się podążać za nimi. Kobieta zaczerwieniła się.
- Ależ... oczywiściem, poczekam.
Harry poprowadził Rona do swojego gabinetu. Zatrzymał się przy małym monitorze i wpisał skomplikowany ciąg liczb. Ekranik zaświecił się na zielono i drzwi się otworzyły. Gdy mężczyźni weszli do środka, drzwi zasunęły się i zapadła cisza, gdż były one dźwiękoszczelne. Pokój był duży. Podłoga była wyłożona zielonym dywanem, a ściany pomalowano na biało. Na końcu gabinetu znajdowało się okno, zaczarowane tak, aby pokazywało błękitne niebo, mimo, iż Ministerstwo miało siedzibę pod ziemią. Naprzeciwko okna stało kremowe biurko, przy którym figurowało krzesło na kółkach. Oprócz tego w pokoju znajdowała się mini - biblioteczka i dwie wygodne kanapy stojące za zminiaturyzowanym stoliczkiem, który na szklanym blacie dźwigał granatowy odbiornik radia, w tym momencie wyłączony. Cała ściana oklejona była wycinkami z Proroka Codziennego, a tuż nad masywną półką na najpotrzebniejsze rzeczy wisiał duży herb Gryffindoru i fotografia rodzinna, przedstawiająca objętych Harry'ego i Ginny. Przed nimi stała Lily trzymająca w ręku rączkę od klatki z dwiema sowami w środku: Delicją i nową Hedwigą. Obok kucali James i Albus, a za nimi Teddy, który podniósł głowę znad jakiejś książki.
- Możesz usiąść na fotelu - oznajmił Harry, po czym sam usiadł obok, na drugim.
Ron wypełnił polecenie, ale zaraz skrzywił sie.
- Stary, co ty jesteś taki poważny? - zdziwił się.
- Hermiona wszystko nam opowiedziała, Ronaldzie. Jak mogłeś jej coś takiego zrobić?! I teraz okazuje się, że jesteś w kraju, podczas, gdy miałeś być gdzieś w Grecji! Co ty sobie wyobrażasz?! W dodatku łazisz z jakąś kobietą z Meksyku, Bóg wie w jakim celu! Wytłumacz się!
Weasley zaczerwienił się i przez chwilę wpatrywał zawzięcie w swoje buty.
- No... Wiesz... To praca, no nie? Szef Mirandy kazał jej pomóc w chwytaniu Carwów. Nie jej wina. Ani nie moja, że mnie wyznaczyli. Powinieneś to wiedzieć, skoro jesteś Zastępcą Zastępcy Głównodowodzącego Aurorów.
Szatyn chwilę się zastanawiał, po czym powiedział:
- Przepraszam, stary, że tak na ciebie nawrzeszczałem, ale żal mi Hermiony. Na twoim miejscu poszedłbym ją przeprosić i zostawił w diabły tę całą Mirandę Marrok zaraz po pokazaniu jej Kwatery. Dalej sobie chyba poradzi, no nie?
Ron uśmiechnął się.
- Wiedziałem, że mnie zrozumiesz. A swoją drogą, wiesz może, gdzie tu jest łazienka?
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zmieniłam zdanie, jednak zostawiam opowiadanie takie, jakie jest, tylko wprowadziłam drobne zmiany w zakładce "Postacie".
Życzę miłych wakacji i do napisania ;)
czwartek, 19 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
Rozdział IV
Albus obudził się w skrzydle szpitalnym z lekkim bólem brzucha. Obok niego na krześle siedzieli James i Rose.
- Stary, ale nam napędziłeś stracha! - zwrócił się do niego trupioblady chłopak. Ro w panice ścisnęła go za szyję.
- AUU! - zawył - Zwariowałaś, czy jak?!
- Sprawdzałam, czy masz puls - odparła czerwieniąc się.
- Kto cię tak urządził? - spytał James - Pomfrey mówi, że będziesz musiał być co najmniej tydzień w Skrzydle Szpitalnym, bo to zaklęcie zostało rzucone nieprawidłowo i coś tam... Błagam, nie karz mi tego powtarzać! - zamyślił się i po chwili palnął - A nie, czekaj, czekaj, wiem: Malfoy, tak?
- Co: Malfoy?
- No, on cię zatentegesował, no nie?
Al pokiwał głową.
- Pożałuje.. - szatyn zacisnął pięści - Najpierw zamorduję jego, potem jego matkę, a na koniec wgniotę w ziemię jego starą chałupę...
- Trochę za dużo jak na jeden raz. Wystarczy, że go zamordujesz - zażartował James. Rose zachichotała.
- Gratulacje, panowie Potter, pani Weasley - zagrzmiała profesor McGonagall, która od dłuższego czasu przysłuchiwała się ich rozmowie zza grubego, obrośniętego sztucznym bluszczem słupa - pozwoli państwo, że zanim dokonacie tych wiekopomnych czynów, Gryffindor straci pięć punktów.
***
Harry leżał na kanapie w salonie przykryty kocem. Złapało go jakieś przeziębienie, ale w Magicznej Aptece zabrakło eliksirów na tego typu schorzenie. Nic dziwnego, skoro wybuchła epidemia grypy... Cały dzień spędził w ten sposób, jedynie w towarzystwie Lily siedzącej w pokoju. Przed chwilą obudził się z drzemki i postanowił włączyć wiadomości, bo skoro nie mógł iść do pracy, chciał chociaż w jakiś sposób uczestniczyć w chwytaniu ostatnich śmierciożerców.
- Witam na wieczornym wydaniu Mody Czarodziejskiej!
KLIK!
- Przed skorzystaniem zapoznaj się z treścią ulotki, lub skonsultuj się z uzdrowicielem lub...
KLIK!
- A teraz zaśpiewa nasza ulubiona czarownica, Madonna!
"To Madonna jest czarownicą?" - zdziwił się Wybraniec - A z resztą, w co ja się bawię! - zezłościł się i odrzucił pilot na bok. Chwycił różdżkę i skierował ją na ekran.
- Transibit!
Ekran zaświecił się na czerwono i odezwał się kobiecym głosem.
- Wybrałeś opcję "Przełącz się" za pomocą zaklęcia Transbit. Na jaki kanał chcesz przełączyć?
- Wiadomości Ze Świata Magii - mruknął Harry.
- Zlecenie w trakcie realizacji... Proszę czekać, to może zająć od piętnastu do trzydziestu minut...
Harry jęknął i wyłączył odbiornik. W tej chwili dało się słyszeć łomotanie do drzwi. Jak przez mgłę usłyszał głos Ginny, zanim wyszła z domu:
- Harry, masz leżeć w łóżku, jasne? Inaczej zastosuję tę miksturę ciotki Muriel...
Mężczyzna wzdrygnął się. Za nic nie chciał znowu przechodzić tych tortur.
- LILY, KOTKU, KTOŚ PUKA, MOŻESZ OTWORZYĆ? - krzyknął. Po paru sekundach ze schodów zbiegła jego córka. Ponieważ Lily musiała zamknąć drzwi od przedpokoju, Harry nie słyszał, kto wszedł. Po chwili dziewczynka wbiegła do pokoju.
- Tato, ciocia Hermiona przyszła. Mówi, że ma sprawę do mamy, ale jej nie ma, więc powiedziała, że możesz być ty.
- Hermiona? - zdziwił się - przecież ona miała być w Grecji... To musi być coś ważnego. Zerwał się z kanapy i pobiegł do holu. Na drugim końcu stała zaczerwieniona Hermiona w potarganych włosach i z chusteczką higieniczną w ręku. Kiedy zobaczyła, że zbliża się Harry, natychmiast do niego podbiegła i zarzuciła mu ręce na szyję.
- HERMIONO, CO SIĘ STAŁO? - przeraził się. Nigdy nie widział przyjaciółki w takim stanie. Głośno wydmuchała nos i puściła Harrego.
- Więęęęccc jaaaa... - szlochała. Po chwili znowu wybuchła płaczem.
- Chodź, naleję ci herbatę i wszystko mi opowiesz - zaproponował łagodnie - ale najpierw się uspokój. Kobieta pokiwała głową i pozwoliła zaprowadzić się do kuchni. Kiedy picie było gotowe i oboje usiedli przy stoliku, trochę się uspokoiła. Pociągnęła potężny łyk gorącego napoju i zaczęła mówić łamiącym się głosem:
- Więc... Ja... Byłam w hotelu, i Rooon poszedł do miasta... I wrócił z jakąś babą... Zaproponowałam deser... Upuściłam jej na szatę kawałek ciasta... Nazwała mnie szlamą, a Ron nawet mnie nie bronił... Powiedział, że to jego współpracowniczka... Muszą wyjechać w jakiejś ważnej sprawie... Teleportowali się.
Po policzkach Hermiony pociekły łzy.
- Harry, ja nie wiem co o tym myśleć! Szatyn westchnął. Poprawił okulary na nosie i stwierdził:
- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz, Hermiono? Nie wyciągajmy pochopnych wniosków, wierzmy Ronowi. Przynajmniej na razie. Pogadam z Ginny, ale na pewno zgodzi się, żebyś na czas nieobecności Rona zamieszkała u nas. Wystarczy, że weźmiesz swoje rzeczy.
- Och, Harry! - uśmiechnęła się smutno - dziękuję, chyba bym nie wytrzymała sama. Tylko nie mówmy nic moim dzieciom, dobrze?
- Jasne.
Po chwili znowu ktoś zapukał. Tym razem to była Ginny.
- Harry, nie uwierzysz! - rozpromieniła się i pocałowała męża w policzek. Jednak uśmiech spełzł jej z twarzy, kiedy zobaczyła jego niewesołą minę i Hermionę, która wyglądała jakby właśnie przeżyła nalot bombardowców.
- Kochani, co się stało?
***
Ted Lupin siedział w bibliotece i czekał. Co jakiś czas zerkał na złoty zegarek, który dostał od ojca chrzestnego na piętnaste urodziny.
Gdzie ona jest?
Po chwili do środka weszła piękna dziewczyna o urodzie wili. Potrząsnęła swoimi srebrzystymi włosami. Chłopak poderwał się z miejsca.
- Veruca... - szepnął - Czekałem.
- Za dluga ty czekaleś na mni? - zmartwiła się. Jej głos miał w sobie... to coś. I ten francuski akcent...
- Nigdy nie czeka się za długo na ciebie - stwierdził i chwycił ją za rękę. Veruca spojrzała mu w oczy i przybliżyła się. Teddy pocałował ją. Ona odwzajemniła pocałunek.
- BIBLIOTEKA JEST ZAMKNIĘTA! - ryknęła zza biurka bibliotekarka - JUŻ MI STĄD, BO ODEJMĘ TYSIĄC PUNKTÓW GRYFFINDOROWI I RAVENCLAWOWI!
Oboje odskoczyli od siebie i szybko wybiegli za drzwi.
- Możi mi pójdziemy na błonia? Tam jist... pięknij... - zaproponowała Veruca, nerwowo zerkając za ramię.
- Dobry pomysł, skarbie - zgodził się Teddy.
***
Tej nocy cały Hogwart usłyszał przenikliwy wrzask dochodzący z lochów. Wszystkie cztery dormitoria zerwały się na równe nogi. Nawet gruchająca parka romansująca na błoniach była zmuszona do powrotu do zamku.
- ŻE... JAK?! - młody Malfoy zrobił się czerwony na twarzy. Usiłował dosięgnąć i zmiąć list, który przed chwilą przeczytała mu profesor McGonagall.
- Panie Malfoy, proszę się uspokoić! - nauczycielka za pomocą zaklęcia zamknęła kopertę w swoim gabinecie.
- MÓJ OJCIE NIGDY... BY CZEGOŚ TAKIEGO NIE ZROBIŁ! TO JAKIŚ SPISEK! - ryknął Simphson.
- Panie Malfoy, proszę myśleć rozsądnie: przecież się podpisał! Minus dwadzieścia punktów dla Slytherinu za ten nocny koncert wrzasków! A teraz żegnam pana, muszę uspokoić resztę dormitoriów, że to nie był wybuch bomby atomowej, tylko krzyki pana Malfoya. I przypominam panu, że ma pan jutro szlaban u woźnego Filcha. To chyba żadna strata, skoro pana ojciec zabronił panu wycieczek do Hogsmeade...
- EXPELIARMUSS! - ryknął Malfoy w stronę pani profesor. Całe szczęście udało jej się zablokować zaklęcie tarczą.
- Coś takiego, uczeń miota zaklęciami w nauczyciela... - McGonagall pokręciła głową - PANIE, MALFOY ma pan przez dwa miesiące szlaban u mnie, zaczynając od JUTRA. Poza tym, pański dom traci jeszcze pięćdziesiąt punktów. Życzę miłej nocy. Przed drzwiami dało się słyszeć chichoty.
- PANIE POTTER, PANI WEASLEY, GRYFFINDORN ZNOWU TRACI PIĘĆ PUNKTÓW ZA PODSŁUCHIWANIE I WŁÓĆZENIE SIĘ PO CISZY NOCNEJ! A TERAZ JAZDA DO DORMITORIUM!
***
Ginny zaproponowała Hermionie kąpiel na uspokojenie. Teraz ona i Harry siedzieli przygnębieni na kanapie w salonie.
- Jak Ron mógł jej coś takiego zrobić! – zacisnęła pięści – może wyślemy Lily do matki, co? Niech Hermiona sobie odpocznie.
Harry pokiwał głową.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz, bo ciotka Muriel już przygotowała miksturę – żartobliwie pogroziła mu palcem. Pocałowali się.
- O, właśnie, Harry, list od dzieciaków! – kobieta wyjęła z kieszeni płaszcza zwiniętą w rulonik kopertę – patrz, co piszą!
Cześć mamo, tato i Lily!
Fajnie się bawimy, nie ma co! Mamy dużo pracy domowej, ale za to Malfoy oberwał! Będzie miał szlaban przez dwa miesiące u McGonagall, my jej tylko troszkę pomogliśmy, wysyłając pewien list… A z resztą, nie ważne! Babcia wysłała nam Fasolki We Wszystkich Smakach i Al natrafił na tą o smaku gilowym… Hi, hi, teraz chce mi wytrącić pióro z ręki, więc nie dziwcie się, że zrobię kleksa.
Całuski,
Albus, James i Teddy
A w szczególności James, bo to ja pisałem ten list
Dorośli spojrzeli na siebie.
- Damy im karę za ten list dla Malfoya? – zagadnęła Ginny.
- Jasne, że NIE! - wrzasnęli jednocześnie.
Wybuchli śmiechem.
- A, właśnie, chciałaś coś powiedzieć, kiedy wchodziłaś do domu – Harry spoważniał – Co to było?
- No bo… Widzisz… - uśmiechnęła się Ruda – Chciałam ci to powiedzieć wcześniej, ale nie było okazji… Znowu będziemy rodzicami!
Końcówka trochę kiepska, ale mam nadzieję, że się podoba ;) Piszcie, czy fajne.
sobota, 7 lipca 2012
Rozdział III
Kochani chłopcy, myślę, że w Hogwarcie wszystko dobrze. Zadali Wam dużo pracy domowej? Mieliście już okazję do wykorzystania zaklęć z mojej książki do eliksirów? James, mam nadzieję, że nie dokuczasz Albusowi, a Tobie, Albusie, gratulujemy przyjęcia do Gryffindoru! Trzymajcie się! Teddy, wysyłam Ci pozwolenie na wycieczki do Hogsmade. Pozdrówcie od nas Rose i Huga!
Całusy,
Mama i Tata
Harry podpisał list i podał go Ginny, która stała nad jego biurkiem.
- Kochanie, nie wiem, czy to opowiednie pytanie - jego żona wskazała na fragment "Mieliście już okazję do wykorzystania zaklęć z mojej książki do eliksirów?" - po co prowokować sytuację? Pamiętasz, co się stało, kiedy wykorzystałeś jedno z tych zaklęć na Malfoy'u?
Harry pokiwał głową. Kiedy w szóstej klasie chciał wypróbować zaklęcie z owej księgi, na ciele Dracona pojawiły się głębokie rany, z których strumieniami wyciekała krew. Gdyby nie interwencja ówczesnego nauczyciela eliksirów, profesora Snape'a, chłopak niechybnie by zginął. Tak, nie warto było ryzykować jeszcze raz. Harry wykreślił niefortunne zdanie, a zamiast niego napisał: "Czy syn Malfoy'a jest takim palantem jak jego ojciec?". Spod pióra Ginny wyłoniły się ciekawe zawijasy, po czym list został zrolowany i podany bardzo żywej sowie, Świstośwince. Świnka wyleciała za okno, a Harry zamyślił się. Lily pojechała w odwiedziny do swojej koleżanki Helen, córki Nevilla. Został w domu sam z Ginny.
***
Albus siedział w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. Oprócz niego wszyscy wyszli na korytarz, żeby obejrzeć popisywania jego kuzynki w drugiej linii. Podobno "Umie wyczarować patronusa godnego Harrego Pottera", jak mówiła Samantha Thomas, ale on jej nie wierzył. Wiedział, że jego ojciec jest najlepszym czarodziejem wszechświata i nikt, nawet ta głupia Veruca nie jest wstanie zmienić jego zdania. Podszedł do kominka i zapatrzył się w ogień. O, jak bardzo by chciał, żeby teraz pojawiła się w nim twarz Dalili Lovegood! Znał ją właściwie od wczesnego dzieciństwa. Jego ojciec przyjaźnił się z Luną, matką Dalili, więc często się spotykali. Dalila była ładna. Miała długie, kasztanowe loki, rozbiegane zielone oczy i małe, czerwone usta. Wziął do ręki leżący na stole zielony zeszyt. Otworzył go na pierwszej, czystej stronie. Wyjął z kieszeni pióro i zaczął pisać:
Dzisiaj Veruca OCZYWIŚCIE musiała zrobić zbiegowisko. Jestem sam w PW, nawet James i Teddy poszli ją podziwiać. Dalila niestety jeszcze nie poszła do Hogwartu, ma dopiero 10 lat. Mimo to potrafi wyczarować takie piękne kwiaty... Niestety McGonagall zadała nam stopę pergaminu o zastosowaniu Kamienia Filozoficznego, a Slughorn kazał mi ćwiczyć robienie jakiegoś tam eliksiru. No cóż, muszę czekać jesze rok... Dobra, kończę, bo nie zdążę z tą pracą domową.
Z westchnieniem narysował kolejne dziwne znaczki, od których pełny był jego dziennik. Nie znał dokładnie ich znaczenia, ale nie mógł się od tego powstrzymać. Odłożył zeszyt do kufra stojącego obok, a po chwili wyjął z niego czysty pergamin i podręcznik do eliksirów.
***
Harry ucieszył się, kiedy w końcu wyszedł do ogrodu i mógł odetchnąć świeżym powietrzem. Ginny pisała w domu artykuł do Proroka Codziennego i nie chciał jej przeszkadzać. Rozglądał się po ciemnej i lekko zasypanej liśćmi ziemi. Był ciekaw, co porabiają jego dzieci. Nie spodziewał się, że od razu odpiszą, a jednak... Na razie Ministerstwie nie miał za wiele do roboty. Okazało się, że Carwowie nie pojawili się od ostatniej afery, nie było też żadnych tajemniczych zniknięć.
- Aqwamentis - szepnął i machnął różdżką w stronę przywiędłego krzaczka. Ostatnio było jakoś tak dziwnie... spokojnie. Nie to, że tęsknił za Voldemortem, ale brakowało mu jakiejś akcji, przygody. Postanowił śledzić wszystkie wiadomości o kłopotliwym rodzeństwie, jakie tylko wpadną mu w ręce. Odkąd redaktorem naczelnym "Proroka Codziennego" został Seamus, artykuły były trochę bardziej prawdopodobne, postanowił więc zamówić prenumeratę. Stworek aportował się kilka kroków dalej, wyrywając go z rozmyślań.
- Harry Potter, sir, w domu, w pokoju lady Lily pojawiła się bahanka. Czy mam ją spryskać?
- Tak, Stworku, byłoby miło - odparł Harry kopiąc czubkiem buta drobny kamyk.
- Wedle życzenia, sir! - Stworek salutując deportował się. Przez moment Harry wpadł w taką melancholię, że odruchowo pomacał się po szyi, żeby sprawdzić, czy nie znajduje się tam horkrus Voldemorta w postaci medalionu Slytherina. Przypomniał sobie jednak, że jego właściciel już nie żyje, a sam przedmiot został zniszczony.
- Lumos - mruknął, bo zrobiło się ciemno. Z górnego okna wychyliła się rudowłosa głowa Ginny.
- Harry, chcesz dostać zapalenia płuc? Wracaj do domu, leje deszcz!
***
Albus odetchnął z ulgą. Praca dla McGonagall odwalona, eliksiry też. Powoli Gryfoni zaczęli wpływać do PW. Veruca, oczywiście z Ravenclawu (bo taka mądra!), pożegnała się ze swoim gronem fanów i ruszyła do Pokoju Krukonów.
- I co, Al? - zagadnął - Teddy - Cieszysz się?
- A z czego? - spytał Albus.
- Ja i Veruca jesteśmy parą! - uśmiechnął się szeroko - Super, co?
- Taaa, super - mruknął Albus - Sorry, ale chcę pójść do biblioteki. Longbottam zadał masę pracy domowej.
Tak naprawdę nauczyciel zielarstwa nie zadał ani cala pergaminu. Po prostu chciał się jakoś pozbyć "szczęściarza" i jego durnej dziewczyny. Wybiegł z Pokoju Wspólnego Gryfonów i zaczął śpiesznym krokiem podążać do biblioteki znajdującej się na najniższym piętrze. Drogę zagrodził mu Simphson i jego dwójka kumpli, nieco wyższych i masywniejszych od niego.
- Czego, Pottass? - syknął - wiesz, że to nasz teren. Zapłać trzy galeony.
- Zjeżdżaj, Malfoy - odparował Al, mimo, że zwykle był bardzo spokojnie usposobiony - Mam coś do załatwienia, a ty mi w tym nie przeszkodzisz. Próbował przedrzeć się na schody, ale nie udało mu się to. Zanim zdążył zrobić ruch, kumple Malfoya jednocześnie ryknęli:
- Drętwota!
Struga niebieskiego światła uderzyła go w brzuch. Różdżka wypadła mu z ręki i zgrabnie wylądowała na przegubie jednego z przyjaciół Simphsona. Odrzuciło go w ścianę. Albus starał się zebrać oddech. Zamknął oczy. Jak przez warstwę styropianu słyszał chichoty terrorystów, szybkie kroki i już nic więcej.
-----------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że tak krótko. Po prostu przerwałam w tym momencie, żeby Was zaciekawić, a jeśli mi się nie udało, to przepraszam, popracuję jeszcze nad aktem zaskoczenia ;) Z okazji wakacji wszystykim życzę wspaniałej pogody i wielu przyjemności :)
Pozdrawiam ;)
Rozdział II
- Nareszcie jesteś! - powiedziała Ginny, kiedy
Harry w końcu dostał się do domu - Co tak długo?
- Problem z Lily - odparł zdawkowo.
- A, rozumiem - Ginny pokiwała głową - dlatego teleportowała się z Ronem. A gdzie Hermiona i Ted?
- Nie wiem, weszli do kominka za mn... - Harry nie dokończył, bo usłyszeli trzask towarzyszący teleportacji przed domem. Oboje wyjrzeli przez okno i zobaczyli stojącą pod furtką Hermionę, za którą Teddy zawiązywał sznurówkę. Po chwili wszyscy zebrali się w jadalni i usiedli przy stole.
- Ciekawe, co ugotuje Stworek - Ron zatarł ręce - Konam z głodu! Hermiono, też musimy sprawić sobie skrzata!
- Tylko znowu nie zaczynaj! - powiedziała ostro Hermiona - Mówiłam ci, że...
- "Skrzaty domowe to nie niewolnicy, trzeba walczyć o ich prawa, a ty jesteś członkiem WESZ, więc powinieneś to wiedzieć!" - przedrzeźniał ją Ron nienaturalnie wysokim głosem. Ona udała, że jest wściekła, ale zdradził ją wyraz rozbawienia na twarzy.
- Mamo, możemy iść do mojego pokoju? - spytał James - Mamy coś do zrobienia, prawda, Teddy?
- Mnie w to nie mieszajcie - Ted skrzyżował ręce na piersi.
- James, jeszcze nie jedliśmy - pouczył go Harry - po jedzeniu, owszem, może nawet rozegramy mecz qwidditcha w ogrodzie, co wy na to?
- Ja się piszę! - zawołała Ginny - A wy, dzieci? Ron?
- Ja z chęcią - przyznał Rudzielec - Ale jednak nie. Jeszcze mnie tylna część ciała nie przestała boleć po aportowaniu się w krzaki.
- Tato, mamy coś do załatwienia - upierał się Jam - Nie możemy grać w qwidditcha.
- Jak sobie chcecie - westchnął Harry. A tak miał ochotę na kolejny lot swoją Błyskawicą 2000, którą dostał na święta od Ginny...
- Harry, możemy się we dwójkę przelecieć jutro, kiedy dzieci wyjadą do Hogwartu - zaproponowała - Przy okazji trochę podszkolimy Lily, żeby była nową ścigającą Gryffindoru, prawda kotku?
- Tak, mamo - burknęła Lily - kiedy w końcu BĘDĘ w Hogwarcie. Obok Harre'go aportował się Stworek.
- Pieczeń z indyka, Harry Potter, sir - skłonił się - Z pieczonymi kartoflami, jak pan lubi.
- Dziękuję, Stworku - ucieszył się Harry - a teraz możesz iść odgnomić ogródek?
- Wedle życzenia, Harry Potter, sir! - skrzat dygnął z galanterią i deportował się do ogrodu. Hermiona najwyraźniej chciała coś powiedzieć, bo otworzyła usta, ale Ron uciszył ją spojrzeniem.
- Dobwe - stwierdził z ustami pełnymi jedzenia - Stwołek jezd dofkonały! Dobwe zrobiłeś, że go pfyjołeś do Ftfumyczka!
- Nie mówi się z jedzeniem w buzi- stwierdziła ozięble Ginny. Harry wiedział, że pouczanie starszego brata dawało jej mściwą satysfakcję, gdyż już w Hogwarcie często się kłócili.
- Harry, wiesz może, czy McGonagall nadal uczy? - zainteresowała się Hermiona.
- McGonagall? Ta od transmutacji? Uczy, a jakże - odpowiedział Al- Nawet jest dyrką.
- Ach - westchnęła Hermiona.
- Hermiono, naprawdę chciałaś uczyć transmutacji? - Ron udawał zdziwienie, ale Harry wiedział, że tak jak on podejrzewał to już od dawna. Kobieta zarumieniła się, ale nic nie odpowiedziała.
- Mamo, tato, już zjedliśmy, możemy iść na górę? - zaczął prosić James.
- Dobrze, ale zaraz spakujcie kufry - zgodziła się Ginny. Wśród dzieci wybuchło wielkie poruszenie. Poderwały się od stołu i szybko wbiegły po schodach na górę, przekrzykując się wzajemnie. Hermiona pokręciła głową.
- Ciekawe, co oni tam robią...
***
Pięcioro dzieci weszło do zagraconego pokoju. Wszyscy stłoczyli się naokoło dębowego biurka. Rudowłosy chłopiec podszedł do drzwi i zamknął je na klucz.
- Cisza... - szepnął James - Nasi rodzice są na dole, ale mimo wszystko musimy być ostrożni, żeby nas nie podsłuchali.
- Jaki mamy plan? - zagadnęła Rose, wpatrując się w zabałaganione biurko. Wszędzie walały się pióra, kałamarze, kartki powyrywane z zeszytów i wielki, zrolowany plakat Tajfunów. W oczy rzucała się złota klatka, w której cicho siedziała jasnobrązowa sowa.
- Damy Delicji ten list - rudzielec pokazał zieloną, niezaklejoną kopertę, którą trzymał w ręku - tylko trzeba podrobić podpis Malfoy'a. Rose, jesteś kujonką, znasz jakieś zaklęcie na to?
- Tak - odparła brunetka - Gdzie ma być podpis?
- Tutaj - Lily wyrwała bratu kartkę i pokazała palcem na białe miejsce u spodu kartki.
- Czy to dobry pomysł? - jęczał Hugo - Mama będzie zła!
- Cicho! - skarciła go siostra - Musimy to zrobić, jeśli chcemy dopiec temu lizusowi! A bardziej zła, niż była wczoraj, kiedy włożyłeś jej pod poduszkę jajka bahanek, już raczej nie będzie.
Wyjęła ze swojego kufra bardzo jasną, prawie białą różdżkę i przyłożyła ją do papieru. Przez chwilę się namyślała, aż w końcu powiedziała cicho:
- Falsificatio podpis Malfoy'a!
Przez kilka sekund nic się nie działo. Po ich upływie na miejscu, gdzie przystawiła różdżkę, pojawiły się wymyślne zawijasy. James wziął kartkę do ręki.
- Dra-co-n-Ma-lfoy - przeczytał - Ro, jesteś genialna! McGonagall na bank się na to nabierze!
- To bardzo zaawansowana magia - powiedziała z Rose nieukrywaną dumą w głosie - Mało kto zna to zaklęcie, więc prawie nikt nie broni przed nim swojego podpisu. Przeczytałam to w "Zapomnianej Magii".
- Taak, super, dzięki Rozi, ale znasz jakieś zaklęcie na zaklejanie koperty? - mruknął James - Gdzieś wcięło mój magiczny klej!
Po chwili na jego twarzy odmalowało się przerażenie.
- Rose, NAMIAR! - syknął. Wszyscy popatrzyli po sobie.
- Ojej, zupełnie o nim zapomniałam! - wyszeptała brunetka - Ale chyba mnie nie wywalą, pierwszy raz używam magii poza Hogwartem...
- Ona ma rację. Nie wyleją jej, więc nic się nie stało - wzruszył ramionami Albus - Jak rodzice będą na ciebie wrzeszczeć, powiedz im, że zapomniałaś się i za pomocą magii wyjęłaś książkę z kufra - zwrócił się do Rose.
- Tak, racja - odetchnął z ulgą sprawca całego wydarzenia - Najlepiej nic im teraz o tym nie mów.
- Nie gadaj, tylko wysyłaj sowę - zniecierpliwiła się Lily - Im szybciej, tym mniejsze ryzyko, że nas nakryją.
***
Po zjedzeniu wszyscy przenieśli się do salonu oglądać mecz qwidditcha (Koreańskie Komety na Pioruny z Petersburga). Harry siedział pomiędzy Ginny a Ronem, który raz po raz komentował zachowanie obrońcy. W czasie przerwy Hermiona zaczęła czytać najnowszy numer Proroka Codziennego.
- Harry, zobacz! - wykrzyknęła pokazując palcem na nagłówek z pierwszej strony - Przeczytaj to! Harry wziął do ręki gazetę. Pokazany przez Hermionę artykuł poprzedzało wielkie, czarnobiałe zdjęcie, z którego dwie pulchne postacie wykrzykiwały coś z grymasem na twarzy. Znał ich. To Carwowie, jedyni pozostali na wolności śmierciożercy, których on i reszta aurorów szukała od dawna. Zaczął czytać na głos:
CARWOWIE W KOŃCU DOSTRZEŻENI!
Według naszych informatorów, koszmarne rodzeństwo, które ostatnio przyspożyło Ministerstwu wiele kłopotów, zostało rzekomo dostrzeżone przez panią Hegemonię Durff, która utrzymuje, że dwójka podejrzanych czarodziejów usiłowała rzucić na nią zaklęcie Cruciatus.
"Całe szczęście miałam przy sobie różdżkę. Oszołomiłam ich, po czym szybko teleportowałam się z polany, na którą wybrałam się na spacer. Na razie nie mam odwagi tam wrócić. Jestem pewna, że Ministerstwo Magii powinno coś z tym zrobić!", twierdzi pani Durff. Na razie czeka na przesłuchanie. Ministerstwo Magii prosi o otrożność.
"Jeżeli ci dwoje znowu się ujawnili, to znaczy, że mają jakiś plan działania, prosimy więc całe społeczeństwo czarodziejów o zachowanie wszelkich środków ostrożności.", wypowiada się Minister Magii, Korneliusz Knot.
- Co za brednie! - stwierdził Ron - gdyby to byli Carwowie, zabiliby tą kobietę, a nie rzucali na nią Cruciatusa!
- Możliwe, ale nie wiadomo. Może postanowili na razie nie wychylać się ze zbrodniami, żeby od razu ich nie nakryto? - zastanowił się Harry. Hermiona pokiwała głową.
- Na razie poczekajmy na wyniki przesłuchania - zbagatelizowała Ginny - Ale myślę tak jak Ron, co jest bardzo dziwne. Harry, sowa!
Rzeczywiście, przez okno wleciała do pomieszczenia mała, brązowa sówka przypominająca Świstoświnkę. Zrzuciła do ręki Harrego czerwoną kopertę opatrzoną pieczęcią Hogwartu.
- Co to może być? - zaciekawił się.
- Otwórz to, stary! - nalegał Ron - Może Rose została młodzieńczym prefektem? Moja krew!
Hermiona zachichotała. Potter zmarszczył czoło i otworzył list. Wyjął żółtawą kartkę papieru.
- Daj, ja przeczytam - Ginny wyciągnęła rękę po papier - Jescze nigdy nie czytałam listów z Hogwartu innych niż lista książek.
Harry szybko się zgodził. Lubił, kiedy jego żona była zadowolona. Jednak w miarę czytania jej twarz robiła się coraz mniej radosna. W końcu jęknęła:
- Któreś z naszych urwisów używało magii. Całe szczęście to tylko ostrzeżenie, ale chyba powinni ponieść konsekfencje?
- Od razu wiedziałem, że będą jakieś kłopoty - westchnął Harry - Ginny, to tylko dzieci. Każdemu się zdaża, a założę się, że jak zobaczą ten list, nie będą mieli ochoty robić tego jeszcze raz.
Ginny pokiwała w milczeniu głową.
- Ale musicie przyznać, że nieźle wykombinowali! - zachichotał Ron.
***
Harry leciał na miotle jak szalony. Lily siedząca za nim piszczała z uciechy.
- Kochanie, trochę wolniej, ona spadnie! - lamentowała Ginny - King Cross jest już blisko, obniżmy lot. Harry i Lily zaczęli lecieć w dół, a za nimi reszta rodziny: Ginny, Albus, James i Teddy na swoich Błyskawicach 2000. Obok na Nimbusach leciał Ron z Hugiem, Hermiona i Rose. W końcu wszyscy wylądowali w krzakach przed dworcem i powsadzali miotły do kufrów. Puścili się biegiem na dworzec i kiedy w końcu przeszli przez barierkę dzielącą dwoszec 9 i 10 byli tak zdyszani, że nic nie mówili. Kiedy już trochę odpoczeli, skierowali się w stronę buchającej dymem, czerwonej lokomotywy Express Londyn - Hogwart. Przez peron przelewali się uczniowie, więc trzymali się blisko siebie, by uniknąć zgubienia.
- Dzieci, idźcie szybko, zaraz jedenasta! - przeraził się Harry. Czwórka Gryfonów puściła się biegiem do pociągu ciągnąc za sobą kufry i klatki z przerażonymi zwierzętami. Po chwili wychylili głowy z okna w swoim przedziale, by pożegnać się z rodzicami.
- Cześć, dzieci, będziemy często pisać! - Harry machał jedną ręką do swoich dzieci, a drugą do Rose i Huga. Hermiona wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. Po chwili pociąg ruszył. Harry machał do dzieci, aż Express zniknął za zakrętem. Ginny chwyciła go za rękę.
- Poradzą sobie - szepnęła i pocałowała go. Lily marudziła:
- Mamo, ja też chcę do Hogwartu!
Ron i Hermiona pożegnali się z przyjaciółmi i skierowali się do domu.
- To widzimy się za tydzień, kiedy wrócimy z Grecji? - upewnił się Ron.
- Oczywiście - odpowiedział Harry i klepnął go po plecach - Trzymajcie się!
- Pa kochani, będziemy tęsknić! - krzyknęła Hermiona i oboje szybko wybiegli z dworca.
Harry spojrzał w brązowe oczy Ginny.
- To co, zostaliśmy sami? - powiedział cicho - Oczywiście, sami oprócz Lily?
- Problem z Lily - odparł zdawkowo.
- A, rozumiem - Ginny pokiwała głową - dlatego teleportowała się z Ronem. A gdzie Hermiona i Ted?
- Nie wiem, weszli do kominka za mn... - Harry nie dokończył, bo usłyszeli trzask towarzyszący teleportacji przed domem. Oboje wyjrzeli przez okno i zobaczyli stojącą pod furtką Hermionę, za którą Teddy zawiązywał sznurówkę. Po chwili wszyscy zebrali się w jadalni i usiedli przy stole.
- Ciekawe, co ugotuje Stworek - Ron zatarł ręce - Konam z głodu! Hermiono, też musimy sprawić sobie skrzata!
- Tylko znowu nie zaczynaj! - powiedziała ostro Hermiona - Mówiłam ci, że...
- "Skrzaty domowe to nie niewolnicy, trzeba walczyć o ich prawa, a ty jesteś członkiem WESZ, więc powinieneś to wiedzieć!" - przedrzeźniał ją Ron nienaturalnie wysokim głosem. Ona udała, że jest wściekła, ale zdradził ją wyraz rozbawienia na twarzy.
- Mamo, możemy iść do mojego pokoju? - spytał James - Mamy coś do zrobienia, prawda, Teddy?
- Mnie w to nie mieszajcie - Ted skrzyżował ręce na piersi.
- James, jeszcze nie jedliśmy - pouczył go Harry - po jedzeniu, owszem, może nawet rozegramy mecz qwidditcha w ogrodzie, co wy na to?
- Ja się piszę! - zawołała Ginny - A wy, dzieci? Ron?
- Ja z chęcią - przyznał Rudzielec - Ale jednak nie. Jeszcze mnie tylna część ciała nie przestała boleć po aportowaniu się w krzaki.
- Tato, mamy coś do załatwienia - upierał się Jam - Nie możemy grać w qwidditcha.
- Jak sobie chcecie - westchnął Harry. A tak miał ochotę na kolejny lot swoją Błyskawicą 2000, którą dostał na święta od Ginny...
- Harry, możemy się we dwójkę przelecieć jutro, kiedy dzieci wyjadą do Hogwartu - zaproponowała - Przy okazji trochę podszkolimy Lily, żeby była nową ścigającą Gryffindoru, prawda kotku?
- Tak, mamo - burknęła Lily - kiedy w końcu BĘDĘ w Hogwarcie. Obok Harre'go aportował się Stworek.
- Pieczeń z indyka, Harry Potter, sir - skłonił się - Z pieczonymi kartoflami, jak pan lubi.
- Dziękuję, Stworku - ucieszył się Harry - a teraz możesz iść odgnomić ogródek?
- Wedle życzenia, Harry Potter, sir! - skrzat dygnął z galanterią i deportował się do ogrodu. Hermiona najwyraźniej chciała coś powiedzieć, bo otworzyła usta, ale Ron uciszył ją spojrzeniem.
- Dobwe - stwierdził z ustami pełnymi jedzenia - Stwołek jezd dofkonały! Dobwe zrobiłeś, że go pfyjołeś do Ftfumyczka!
- Nie mówi się z jedzeniem w buzi- stwierdziła ozięble Ginny. Harry wiedział, że pouczanie starszego brata dawało jej mściwą satysfakcję, gdyż już w Hogwarcie często się kłócili.
- Harry, wiesz może, czy McGonagall nadal uczy? - zainteresowała się Hermiona.
- McGonagall? Ta od transmutacji? Uczy, a jakże - odpowiedział Al- Nawet jest dyrką.
- Ach - westchnęła Hermiona.
- Hermiono, naprawdę chciałaś uczyć transmutacji? - Ron udawał zdziwienie, ale Harry wiedział, że tak jak on podejrzewał to już od dawna. Kobieta zarumieniła się, ale nic nie odpowiedziała.
- Mamo, tato, już zjedliśmy, możemy iść na górę? - zaczął prosić James.
- Dobrze, ale zaraz spakujcie kufry - zgodziła się Ginny. Wśród dzieci wybuchło wielkie poruszenie. Poderwały się od stołu i szybko wbiegły po schodach na górę, przekrzykując się wzajemnie. Hermiona pokręciła głową.
- Ciekawe, co oni tam robią...
***
Pięcioro dzieci weszło do zagraconego pokoju. Wszyscy stłoczyli się naokoło dębowego biurka. Rudowłosy chłopiec podszedł do drzwi i zamknął je na klucz.
- Cisza... - szepnął James - Nasi rodzice są na dole, ale mimo wszystko musimy być ostrożni, żeby nas nie podsłuchali.
- Jaki mamy plan? - zagadnęła Rose, wpatrując się w zabałaganione biurko. Wszędzie walały się pióra, kałamarze, kartki powyrywane z zeszytów i wielki, zrolowany plakat Tajfunów. W oczy rzucała się złota klatka, w której cicho siedziała jasnobrązowa sowa.
- Damy Delicji ten list - rudzielec pokazał zieloną, niezaklejoną kopertę, którą trzymał w ręku - tylko trzeba podrobić podpis Malfoy'a. Rose, jesteś kujonką, znasz jakieś zaklęcie na to?
- Tak - odparła brunetka - Gdzie ma być podpis?
- Tutaj - Lily wyrwała bratu kartkę i pokazała palcem na białe miejsce u spodu kartki.
- Czy to dobry pomysł? - jęczał Hugo - Mama będzie zła!
- Cicho! - skarciła go siostra - Musimy to zrobić, jeśli chcemy dopiec temu lizusowi! A bardziej zła, niż była wczoraj, kiedy włożyłeś jej pod poduszkę jajka bahanek, już raczej nie będzie.
Wyjęła ze swojego kufra bardzo jasną, prawie białą różdżkę i przyłożyła ją do papieru. Przez chwilę się namyślała, aż w końcu powiedziała cicho:
- Falsificatio podpis Malfoy'a!
Przez kilka sekund nic się nie działo. Po ich upływie na miejscu, gdzie przystawiła różdżkę, pojawiły się wymyślne zawijasy. James wziął kartkę do ręki.
- Dra-co-n-Ma-lfoy - przeczytał - Ro, jesteś genialna! McGonagall na bank się na to nabierze!
- To bardzo zaawansowana magia - powiedziała z Rose nieukrywaną dumą w głosie - Mało kto zna to zaklęcie, więc prawie nikt nie broni przed nim swojego podpisu. Przeczytałam to w "Zapomnianej Magii".
- Taak, super, dzięki Rozi, ale znasz jakieś zaklęcie na zaklejanie koperty? - mruknął James - Gdzieś wcięło mój magiczny klej!
Po chwili na jego twarzy odmalowało się przerażenie.
- Rose, NAMIAR! - syknął. Wszyscy popatrzyli po sobie.
- Ojej, zupełnie o nim zapomniałam! - wyszeptała brunetka - Ale chyba mnie nie wywalą, pierwszy raz używam magii poza Hogwartem...
- Ona ma rację. Nie wyleją jej, więc nic się nie stało - wzruszył ramionami Albus - Jak rodzice będą na ciebie wrzeszczeć, powiedz im, że zapomniałaś się i za pomocą magii wyjęłaś książkę z kufra - zwrócił się do Rose.
- Tak, racja - odetchnął z ulgą sprawca całego wydarzenia - Najlepiej nic im teraz o tym nie mów.
- Nie gadaj, tylko wysyłaj sowę - zniecierpliwiła się Lily - Im szybciej, tym mniejsze ryzyko, że nas nakryją.
***
Po zjedzeniu wszyscy przenieśli się do salonu oglądać mecz qwidditcha (Koreańskie Komety na Pioruny z Petersburga). Harry siedział pomiędzy Ginny a Ronem, który raz po raz komentował zachowanie obrońcy. W czasie przerwy Hermiona zaczęła czytać najnowszy numer Proroka Codziennego.
- Harry, zobacz! - wykrzyknęła pokazując palcem na nagłówek z pierwszej strony - Przeczytaj to! Harry wziął do ręki gazetę. Pokazany przez Hermionę artykuł poprzedzało wielkie, czarnobiałe zdjęcie, z którego dwie pulchne postacie wykrzykiwały coś z grymasem na twarzy. Znał ich. To Carwowie, jedyni pozostali na wolności śmierciożercy, których on i reszta aurorów szukała od dawna. Zaczął czytać na głos:
CARWOWIE W KOŃCU DOSTRZEŻENI!
Według naszych informatorów, koszmarne rodzeństwo, które ostatnio przyspożyło Ministerstwu wiele kłopotów, zostało rzekomo dostrzeżone przez panią Hegemonię Durff, która utrzymuje, że dwójka podejrzanych czarodziejów usiłowała rzucić na nią zaklęcie Cruciatus.
"Całe szczęście miałam przy sobie różdżkę. Oszołomiłam ich, po czym szybko teleportowałam się z polany, na którą wybrałam się na spacer. Na razie nie mam odwagi tam wrócić. Jestem pewna, że Ministerstwo Magii powinno coś z tym zrobić!", twierdzi pani Durff. Na razie czeka na przesłuchanie. Ministerstwo Magii prosi o otrożność.
"Jeżeli ci dwoje znowu się ujawnili, to znaczy, że mają jakiś plan działania, prosimy więc całe społeczeństwo czarodziejów o zachowanie wszelkich środków ostrożności.", wypowiada się Minister Magii, Korneliusz Knot.
- Co za brednie! - stwierdził Ron - gdyby to byli Carwowie, zabiliby tą kobietę, a nie rzucali na nią Cruciatusa!
- Możliwe, ale nie wiadomo. Może postanowili na razie nie wychylać się ze zbrodniami, żeby od razu ich nie nakryto? - zastanowił się Harry. Hermiona pokiwała głową.
- Na razie poczekajmy na wyniki przesłuchania - zbagatelizowała Ginny - Ale myślę tak jak Ron, co jest bardzo dziwne. Harry, sowa!
Rzeczywiście, przez okno wleciała do pomieszczenia mała, brązowa sówka przypominająca Świstoświnkę. Zrzuciła do ręki Harrego czerwoną kopertę opatrzoną pieczęcią Hogwartu.
- Co to może być? - zaciekawił się.
- Otwórz to, stary! - nalegał Ron - Może Rose została młodzieńczym prefektem? Moja krew!
Hermiona zachichotała. Potter zmarszczył czoło i otworzył list. Wyjął żółtawą kartkę papieru.
- Daj, ja przeczytam - Ginny wyciągnęła rękę po papier - Jescze nigdy nie czytałam listów z Hogwartu innych niż lista książek.
Harry szybko się zgodził. Lubił, kiedy jego żona była zadowolona. Jednak w miarę czytania jej twarz robiła się coraz mniej radosna. W końcu jęknęła:
- Któreś z naszych urwisów używało magii. Całe szczęście to tylko ostrzeżenie, ale chyba powinni ponieść konsekfencje?
- Od razu wiedziałem, że będą jakieś kłopoty - westchnął Harry - Ginny, to tylko dzieci. Każdemu się zdaża, a założę się, że jak zobaczą ten list, nie będą mieli ochoty robić tego jeszcze raz.
Ginny pokiwała w milczeniu głową.
- Ale musicie przyznać, że nieźle wykombinowali! - zachichotał Ron.
***
Harry leciał na miotle jak szalony. Lily siedząca za nim piszczała z uciechy.
- Kochanie, trochę wolniej, ona spadnie! - lamentowała Ginny - King Cross jest już blisko, obniżmy lot. Harry i Lily zaczęli lecieć w dół, a za nimi reszta rodziny: Ginny, Albus, James i Teddy na swoich Błyskawicach 2000. Obok na Nimbusach leciał Ron z Hugiem, Hermiona i Rose. W końcu wszyscy wylądowali w krzakach przed dworcem i powsadzali miotły do kufrów. Puścili się biegiem na dworzec i kiedy w końcu przeszli przez barierkę dzielącą dwoszec 9 i 10 byli tak zdyszani, że nic nie mówili. Kiedy już trochę odpoczeli, skierowali się w stronę buchającej dymem, czerwonej lokomotywy Express Londyn - Hogwart. Przez peron przelewali się uczniowie, więc trzymali się blisko siebie, by uniknąć zgubienia.
- Dzieci, idźcie szybko, zaraz jedenasta! - przeraził się Harry. Czwórka Gryfonów puściła się biegiem do pociągu ciągnąc za sobą kufry i klatki z przerażonymi zwierzętami. Po chwili wychylili głowy z okna w swoim przedziale, by pożegnać się z rodzicami.
- Cześć, dzieci, będziemy często pisać! - Harry machał jedną ręką do swoich dzieci, a drugą do Rose i Huga. Hermiona wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. Po chwili pociąg ruszył. Harry machał do dzieci, aż Express zniknął za zakrętem. Ginny chwyciła go za rękę.
- Poradzą sobie - szepnęła i pocałowała go. Lily marudziła:
- Mamo, ja też chcę do Hogwartu!
Ron i Hermiona pożegnali się z przyjaciółmi i skierowali się do domu.
- To widzimy się za tydzień, kiedy wrócimy z Grecji? - upewnił się Ron.
- Oczywiście - odpowiedział Harry i klepnął go po plecach - Trzymajcie się!
- Pa kochani, będziemy tęsknić! - krzyknęła Hermiona i oboje szybko wybiegli z dworca.
Harry spojrzał w brązowe oczy Ginny.
- To co, zostaliśmy sami? - powiedział cicho - Oczywiście, sami oprócz Lily?
Rozdział I
Przejście na ulicę otworzyło się przed pięcioosobową rodziną.
Przodem szedł wysoki i chudy mężczyzna o czarnych, rozwianych włosach i
zielonych oczach. Na jego nosie spoczywały okrągłe okulary. Miał na
sobie granatową, gustowną szatę. Tuż za nim podążała rudowłosa kobieta starająca
się zapanować nad kłótnią dwójki synów. Jeden z nich wyglądał jak wierna kopia
ojca, natomiast drugi odziedziczył geny po matce. Za nimi spokojnym krokiem szła
na oko dziewięcioletnia dziewczynka bardzo podobna do rudowłosej kobiety, miała
jednak zielone oczy, tak jak tata.
- Mamo, prawda, że nie trafię do Slytherinu? - upewniał się Albus.
- James - skarciła matka drugiego syna - Znowu dokuczasz Albusowi?
- Ja mu tylko mówię, że może trafić do Slytherinu! Przecież każdy może - upierał się James. Harry westchnął i podszedł do chłopców.
- James'ie Potter, nie chcę, żebyś znowu zaczynał. Nie dokuczaj bratu. A co do ciebie - mężczyzna zwrócił się do Albusa - Albusie, profesor Snape, od którego odziedziczyłeś drugie imię, był opiekunem Slytherinu, a i tak zachował się bardzo odważnie, przecież ci opowiadałem, prawda?
- Tak, racja - przyznał Albus. Ginny westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do męża. Harry odwzajemnił uśmiech.
- A kiedy JA pójdę do Hogwartu? - spytała Lily.
- Za rok, skarbie - odpowiedział jej ojciec - O, chłopcy, księgarnia "Esy i Floresy"! Dajcie swoje listy, kupię wam książki.
- Harry - powiedziała Ginny - weź Jamesa i Albusa do "Esów i Floresów", potem kup im szaty, a ja pójdę z Lily po sowę dla Albusa, dobrze?
- Tak, to dobry pomysł - przyznał Harry, usiłując ujarzmić synów, którzy ciągnęli go za rękaw w stronę księgarni - Potem kupimy Albusowi różdżkę, kociołek już mamy, tak Ginny?
- Tak.
- A na koniec pójdziemy spotkać się z Ronem i Hermioną w lodziarni.
- A będzie Rose? - Lily zaczęła skakać w miejscu.
- A Hugo? - zagadnął James.
- A Teddy? - jęknął Albus.
- Tak, wszyscy będą - potwierdziła Ginny - Trochę porozmawiamy, a potem wrócimy do Strumyczka i będą u nas nocować. Dobrze, chodź Lily, wybierzesz sowę, tak?
- Tak, tak! - ucieszyła się Lily - Będzie się nazywać "Hedwiga", dobrze? Tak jak sowa taty! Harry uśmiechnął się smutno.
- Może się tak nazywać - zgodził się - mam tylko nadzieję, że...
- Harry, nie przy Lily - szepnęła Ginny, a potem poszła z córką do sklepu z magicznymi stworzeniami. Albus, James i Harry weszli do "Esów i Floresów". Młodszy syn Wybrańca podziwiał niemal wszystko, gdyż pierwszy raz kupował coś na Pokątnej.
- James, miałeś rację, tu jest genialnie! - zachwycał się. Jego entuzjazm lekko osłabł, kiedy podbiegł do regału zajętego w całości przez szczelnie związene "Potworne Księgi Potworów".
- To na opiekę nad magicznymi stworzeniami, tak, tato? - spytał niepewnie.
- Tak - odparł Harry - Nic dziwnego, skoro nauczycielem jest Hagrid...
- To ten WIELKI OLBRZYM?! - jęknął Albus - Tato, nie wiem, czy chcę jechać... on mnie zgniecie...
Mężczyzna obdarzył drugiego syna nieprzychylnym spojrzeniem.
- James, co ty naopowiadałeś bratu?
Chłopak nagle zauważył, jak interesujące są jego paznokcie. Harry'emu zbierało się na śmiech, jednak nie chciał pokazać, że popiera zachowanie starszego syna, który co krok pakował się w kłopoty i straszył młodsze rodzeństwo Hogwartem, w którym zaczynał już drugi rok. Całe szczęście Teddy Lupin, którym Harry zajmował się od chwili, w której jego rodzice zginęli w walce z Voldemortem, był grzecznym, piętnastoletnim chłopcem i działał trochę uspokajająco na jego własne dzieci, bynamniej nie spokojne.
- No wiesz tato... - jąkał się James - Więc ja mu powiedziałem, że Hagrid jest duży, on na to "czy jest olbrzymem", a ja mu na to "prawie", a on na to "mamo!"...
Harry pokręcił głową, upomniał starszego syna i zaczął pakować książki do kufra. Po wyjściu z "Esów i Floresów" skierowali się do sklepu z szatami Madame Malkin, na co James i Albus jęknęli. Harry wcale im się nie dziwił. Sam nie lubił stania na czarnym, chropowatym stołku w zacienionym pomieszczeniu, oraz wbijania w jego szatę szpilek przez właścicielkę sklepu. Na otuchę potarł im włosy, które zrobiły się jeszcze bardziej odstające. Postanowił nie mówić o tym swojej żonie, która układała je przez cały ranek.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy - odezwał się znajomy, drwiący głos, kiedy Albus i James stanęli już na stołkach i wokół nich zaczęły uwijać się madame Malkin i jej pomocnica - pan Potter, czy tak?
Harry zauważył przyczajonego w kącie tyczkowatego mężczyznę o włosach koloru tleniony blond. Zacisnął pięści. Tak, to musiał być Draco Malfoy, jego wróg numer dwa, zaraz po Voldemorcie. Harry sądził, że po tym, jak dwa razy uratował Malfoy'owi życie, ten choć trochę się zmienił. Widocznie jednak się pomylił.
- Uszanowanie, Malfoy - mruknął.
- No cóż... - Draco uśmiechnął się nieszczerze - Doszły mnie słuchy, że szlajasz się ze zdrajczynią krwi, jak jej tam, a tak... Weasly?
- Zamknij dziób, Malfoy, jeśli nie chcesz przy tym mojej pomocy - wycedził Harry. Co jak, co, ale obrażania Ginny nie zniesie. Albus i James obejrzeli się do tyłu na ojca, ale gdy zobaczyli Dracona, natychmiast odwrócili głowy.
- Widzę, że wychowałeś synalków - mruknął Malfoy - Simphson - powiedział do małego chłopca stojącego za nim - przywitaj się z panem!
Chłopak przygładził mysie włosy i mruknął ledwo dosłyszalnie:
- Bry, panie Pottass*. Jego ojciec wyszczerzył zęby w uśmiechu, natomiast adresat obelgi zacisnął pięści i podszedł do Malfoy'ów.
- Słuchaj, żebyśmy się zrozumieli, nie chcę, żebyś bił mojego syna - powiedział Draco na tyle głośno, że madame Malkin odwróciła się od Jamesa.
- Kto kogo chce tu bić? - spytała groźnie.
- Ten tutaj - Malfoy wskazał na wściekłego Harry'ego - Mojego syna, Simphsona. Chłopiec drgnął i schował się za tatę.
- Nikogo nie chcę bić! - oburzył się Potter - "Poza, oczywiście, jednym półgłówkiem, który stoi przede mną" - dodał w myślach. Madame Malkin wróciła do pracy kiwając głową, natomiast Albus zeskoczył ze stołka i podbiegł do ojca. Po chwili James również był gotowy.
- No to co, chłopcy, idziemy spotkać się z mamą przy sklepie Ollivander'a? - zagadnął Harry. James i Albus pokiwali głowami.
- Do niemiłego, Potter! - zawył za nimi Malfoy.
- Niech ci los nie sprzyja - odgryzł się Harry i razem z synami opuścił sklep. Kiedy znaleźli się na miejscu spotkania z Ginny i Lily, dziewczyn jeszcze tam nie było.
- Widzieliście tego chłopca? - spytał Potter. Albus i James przytaknęli. - Uważajcie na niego w Hogwarcie. W razie co, używajcie zaklęć z mojego podręcznika do eliksirów - podetknął im pod nos wysłużone "Eliksiry dla zaawansowanych", które od razu znalazły się w kufrze Jamesa.
***
Kilka godzin później Harry, Ginny, Ron i Hermiona siedzieli przy stoliku w lodziarni i rozmawiali, natomiast dzieci przesiadywały w środku bawiąc się z nowym pupilkiem sprzedawcy, gadającym gekonem.
- Harry, wiesz, że Ron zdał na mugolskie prawo jazdy? - Hermiona właśnie dzieliła się najnowszymi nowinami z przyjaciółmi. Ginny i Harry wymienili zaskoczone spojrzenia.
- No, naprawdę, a ona myślała, że rzuciłem na egzaminatora Confundusa! - chwalił się Ron.
- A nie rzuciłeś? - spytał rozbawiony Harry. Ron nachylił się do niego i szepnął:
- No jasne, że rzuciłem, ale jakoś sobie radzę, rozumiesz, przynajmniej nie da się rozszczepić, jak przy teleportacji...
Po chwili jednak dodał głośno, tak, żeby Hermiona i Ginny słyszały:
- Tak, właśnie mówiłem Harry'emu, że nie rzuciłem na nikogo zaklęcia Confundusa, zdanie egzaminu to TYLKO i wyłącznie zasługa mojej pracy.
- Jestem pod wrażeniem, że to powiedziałeś - mruknęła Ginny.
- A ja nie! - dodała szybko Hermiona.
Ron trochę się zarumienił, a Ginny i Harry parsknęli śmiechem.
- Teddy był grzeczny? - spytał Harry, kiedy się uspokoił.
- Powiedziałbym wręcz, że sztywniacki. - mruknął Ron - W niczym nie przypomina Freda i Georg'a, kiedy byli w jego wieku...
Hermiona spojrzała na niego z niesmakiem.
- No wiesz co, Ron, myślałam, że koniec już z porównywaniem wszystkich do Freda i Georga. Kiedy Hugo skończył cztery lata i rozbił wazon, powiedziałeś "To w niczym nie przypomina sposobu, w jaki Fred kilka lat temu rozwalił lampę matce". Kiedy Rose wypadł ząb powiedziałeś...
- Dobra, dosyć, okrywasz hańbą naszą rodzinę - mruknął Ron.
Harry usłyszał wrzaski od strony wyjścia. Po chwili z lodziarni wybiegły dzieci, krzycząc jeden przez drugiego:
- Tato, możemy już iść?
- Mamo, boli mnie brzuch, możemy już iść do Strumyczka?
- Mamo, chcę zwymiotować, choćmy do domu!
- Tato, jestem zmęczona, chodźmy!
Dorośli spojrzeli po sobie.
- Nie wiem jak wy, ale ja myślę, że oni coś knują - stwierdził cicho Harry.
- Też tak myślę, ale chyba powinniśmy już iść, jutro jadą do Hogwartu więc lepiej, żeby byli wypoczęci - oponowała Ginny.
- Ja też chcę do domu, muszę załatwić pilną potrzebę - wydukał Ron.
- Teleportujemy się, czy proszek Fiuu?
- Radziłabym proszek Fiuu, jest nas dużo, teleportacja łączona z naszymi dziećmi nie wypali. Mam saszetkę proszku w torbie.
Po czym dziesięć osób, dwie sowy i cały ich dobytek weszli do lodziarni i podeszli do kominka, żeby dostać się do Strumyczka przy pomocy sieci Fiuu.
------------------------------------------------------------------------------------
* - jeśli nie rozumiecie, co oznacza "ass", sprawdźcie w Google Tłumaczu ;) ;)
I co, podoba się? Mam nadzieję, że tak ;) Rozdział trochę nieudany, bo pierwszy, potraktujcie więc go jako pewnego rodzaju wstęp. Przewiduję duużo części, więc uwagi proszę pisać w komentarzach.
- Mamo, prawda, że nie trafię do Slytherinu? - upewniał się Albus.
- James - skarciła matka drugiego syna - Znowu dokuczasz Albusowi?
- Ja mu tylko mówię, że może trafić do Slytherinu! Przecież każdy może - upierał się James. Harry westchnął i podszedł do chłopców.
- James'ie Potter, nie chcę, żebyś znowu zaczynał. Nie dokuczaj bratu. A co do ciebie - mężczyzna zwrócił się do Albusa - Albusie, profesor Snape, od którego odziedziczyłeś drugie imię, był opiekunem Slytherinu, a i tak zachował się bardzo odważnie, przecież ci opowiadałem, prawda?
- Tak, racja - przyznał Albus. Ginny westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do męża. Harry odwzajemnił uśmiech.
- A kiedy JA pójdę do Hogwartu? - spytała Lily.
- Za rok, skarbie - odpowiedział jej ojciec - O, chłopcy, księgarnia "Esy i Floresy"! Dajcie swoje listy, kupię wam książki.
- Harry - powiedziała Ginny - weź Jamesa i Albusa do "Esów i Floresów", potem kup im szaty, a ja pójdę z Lily po sowę dla Albusa, dobrze?
- Tak, to dobry pomysł - przyznał Harry, usiłując ujarzmić synów, którzy ciągnęli go za rękaw w stronę księgarni - Potem kupimy Albusowi różdżkę, kociołek już mamy, tak Ginny?
- Tak.
- A na koniec pójdziemy spotkać się z Ronem i Hermioną w lodziarni.
- A będzie Rose? - Lily zaczęła skakać w miejscu.
- A Hugo? - zagadnął James.
- A Teddy? - jęknął Albus.
- Tak, wszyscy będą - potwierdziła Ginny - Trochę porozmawiamy, a potem wrócimy do Strumyczka i będą u nas nocować. Dobrze, chodź Lily, wybierzesz sowę, tak?
- Tak, tak! - ucieszyła się Lily - Będzie się nazywać "Hedwiga", dobrze? Tak jak sowa taty! Harry uśmiechnął się smutno.
- Może się tak nazywać - zgodził się - mam tylko nadzieję, że...
- Harry, nie przy Lily - szepnęła Ginny, a potem poszła z córką do sklepu z magicznymi stworzeniami. Albus, James i Harry weszli do "Esów i Floresów". Młodszy syn Wybrańca podziwiał niemal wszystko, gdyż pierwszy raz kupował coś na Pokątnej.
- James, miałeś rację, tu jest genialnie! - zachwycał się. Jego entuzjazm lekko osłabł, kiedy podbiegł do regału zajętego w całości przez szczelnie związene "Potworne Księgi Potworów".
- To na opiekę nad magicznymi stworzeniami, tak, tato? - spytał niepewnie.
- Tak - odparł Harry - Nic dziwnego, skoro nauczycielem jest Hagrid...
- To ten WIELKI OLBRZYM?! - jęknął Albus - Tato, nie wiem, czy chcę jechać... on mnie zgniecie...
Mężczyzna obdarzył drugiego syna nieprzychylnym spojrzeniem.
- James, co ty naopowiadałeś bratu?
Chłopak nagle zauważył, jak interesujące są jego paznokcie. Harry'emu zbierało się na śmiech, jednak nie chciał pokazać, że popiera zachowanie starszego syna, który co krok pakował się w kłopoty i straszył młodsze rodzeństwo Hogwartem, w którym zaczynał już drugi rok. Całe szczęście Teddy Lupin, którym Harry zajmował się od chwili, w której jego rodzice zginęli w walce z Voldemortem, był grzecznym, piętnastoletnim chłopcem i działał trochę uspokajająco na jego własne dzieci, bynamniej nie spokojne.
- No wiesz tato... - jąkał się James - Więc ja mu powiedziałem, że Hagrid jest duży, on na to "czy jest olbrzymem", a ja mu na to "prawie", a on na to "mamo!"...
Harry pokręcił głową, upomniał starszego syna i zaczął pakować książki do kufra. Po wyjściu z "Esów i Floresów" skierowali się do sklepu z szatami Madame Malkin, na co James i Albus jęknęli. Harry wcale im się nie dziwił. Sam nie lubił stania na czarnym, chropowatym stołku w zacienionym pomieszczeniu, oraz wbijania w jego szatę szpilek przez właścicielkę sklepu. Na otuchę potarł im włosy, które zrobiły się jeszcze bardziej odstające. Postanowił nie mówić o tym swojej żonie, która układała je przez cały ranek.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy - odezwał się znajomy, drwiący głos, kiedy Albus i James stanęli już na stołkach i wokół nich zaczęły uwijać się madame Malkin i jej pomocnica - pan Potter, czy tak?
Harry zauważył przyczajonego w kącie tyczkowatego mężczyznę o włosach koloru tleniony blond. Zacisnął pięści. Tak, to musiał być Draco Malfoy, jego wróg numer dwa, zaraz po Voldemorcie. Harry sądził, że po tym, jak dwa razy uratował Malfoy'owi życie, ten choć trochę się zmienił. Widocznie jednak się pomylił.
- Uszanowanie, Malfoy - mruknął.
- No cóż... - Draco uśmiechnął się nieszczerze - Doszły mnie słuchy, że szlajasz się ze zdrajczynią krwi, jak jej tam, a tak... Weasly?
- Zamknij dziób, Malfoy, jeśli nie chcesz przy tym mojej pomocy - wycedził Harry. Co jak, co, ale obrażania Ginny nie zniesie. Albus i James obejrzeli się do tyłu na ojca, ale gdy zobaczyli Dracona, natychmiast odwrócili głowy.
- Widzę, że wychowałeś synalków - mruknął Malfoy - Simphson - powiedział do małego chłopca stojącego za nim - przywitaj się z panem!
Chłopak przygładził mysie włosy i mruknął ledwo dosłyszalnie:
- Bry, panie Pottass*. Jego ojciec wyszczerzył zęby w uśmiechu, natomiast adresat obelgi zacisnął pięści i podszedł do Malfoy'ów.
- Słuchaj, żebyśmy się zrozumieli, nie chcę, żebyś bił mojego syna - powiedział Draco na tyle głośno, że madame Malkin odwróciła się od Jamesa.
- Kto kogo chce tu bić? - spytała groźnie.
- Ten tutaj - Malfoy wskazał na wściekłego Harry'ego - Mojego syna, Simphsona. Chłopiec drgnął i schował się za tatę.
- Nikogo nie chcę bić! - oburzył się Potter - "Poza, oczywiście, jednym półgłówkiem, który stoi przede mną" - dodał w myślach. Madame Malkin wróciła do pracy kiwając głową, natomiast Albus zeskoczył ze stołka i podbiegł do ojca. Po chwili James również był gotowy.
- No to co, chłopcy, idziemy spotkać się z mamą przy sklepie Ollivander'a? - zagadnął Harry. James i Albus pokiwali głowami.
- Do niemiłego, Potter! - zawył za nimi Malfoy.
- Niech ci los nie sprzyja - odgryzł się Harry i razem z synami opuścił sklep. Kiedy znaleźli się na miejscu spotkania z Ginny i Lily, dziewczyn jeszcze tam nie było.
- Widzieliście tego chłopca? - spytał Potter. Albus i James przytaknęli. - Uważajcie na niego w Hogwarcie. W razie co, używajcie zaklęć z mojego podręcznika do eliksirów - podetknął im pod nos wysłużone "Eliksiry dla zaawansowanych", które od razu znalazły się w kufrze Jamesa.
***
Kilka godzin później Harry, Ginny, Ron i Hermiona siedzieli przy stoliku w lodziarni i rozmawiali, natomiast dzieci przesiadywały w środku bawiąc się z nowym pupilkiem sprzedawcy, gadającym gekonem.
- Harry, wiesz, że Ron zdał na mugolskie prawo jazdy? - Hermiona właśnie dzieliła się najnowszymi nowinami z przyjaciółmi. Ginny i Harry wymienili zaskoczone spojrzenia.
- No, naprawdę, a ona myślała, że rzuciłem na egzaminatora Confundusa! - chwalił się Ron.
- A nie rzuciłeś? - spytał rozbawiony Harry. Ron nachylił się do niego i szepnął:
- No jasne, że rzuciłem, ale jakoś sobie radzę, rozumiesz, przynajmniej nie da się rozszczepić, jak przy teleportacji...
Po chwili jednak dodał głośno, tak, żeby Hermiona i Ginny słyszały:
- Tak, właśnie mówiłem Harry'emu, że nie rzuciłem na nikogo zaklęcia Confundusa, zdanie egzaminu to TYLKO i wyłącznie zasługa mojej pracy.
- Jestem pod wrażeniem, że to powiedziałeś - mruknęła Ginny.
- A ja nie! - dodała szybko Hermiona.
Ron trochę się zarumienił, a Ginny i Harry parsknęli śmiechem.
- Teddy był grzeczny? - spytał Harry, kiedy się uspokoił.
- Powiedziałbym wręcz, że sztywniacki. - mruknął Ron - W niczym nie przypomina Freda i Georg'a, kiedy byli w jego wieku...
Hermiona spojrzała na niego z niesmakiem.
- No wiesz co, Ron, myślałam, że koniec już z porównywaniem wszystkich do Freda i Georga. Kiedy Hugo skończył cztery lata i rozbił wazon, powiedziałeś "To w niczym nie przypomina sposobu, w jaki Fred kilka lat temu rozwalił lampę matce". Kiedy Rose wypadł ząb powiedziałeś...
- Dobra, dosyć, okrywasz hańbą naszą rodzinę - mruknął Ron.
Harry usłyszał wrzaski od strony wyjścia. Po chwili z lodziarni wybiegły dzieci, krzycząc jeden przez drugiego:
- Tato, możemy już iść?
- Mamo, boli mnie brzuch, możemy już iść do Strumyczka?
- Mamo, chcę zwymiotować, choćmy do domu!
- Tato, jestem zmęczona, chodźmy!
Dorośli spojrzeli po sobie.
- Nie wiem jak wy, ale ja myślę, że oni coś knują - stwierdził cicho Harry.
- Też tak myślę, ale chyba powinniśmy już iść, jutro jadą do Hogwartu więc lepiej, żeby byli wypoczęci - oponowała Ginny.
- Ja też chcę do domu, muszę załatwić pilną potrzebę - wydukał Ron.
- Teleportujemy się, czy proszek Fiuu?
- Radziłabym proszek Fiuu, jest nas dużo, teleportacja łączona z naszymi dziećmi nie wypali. Mam saszetkę proszku w torbie.
Po czym dziesięć osób, dwie sowy i cały ich dobytek weszli do lodziarni i podeszli do kominka, żeby dostać się do Strumyczka przy pomocy sieci Fiuu.
------------------------------------------------------------------------------------
* - jeśli nie rozumiecie, co oznacza "ass", sprawdźcie w Google Tłumaczu ;) ;)
I co, podoba się? Mam nadzieję, że tak ;) Rozdział trochę nieudany, bo pierwszy, potraktujcie więc go jako pewnego rodzaju wstęp. Przewiduję duużo części, więc uwagi proszę pisać w komentarzach.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)