Albus obudził się w skrzydle szpitalnym z lekkim bólem brzucha. Obok niego na krześle siedzieli James i Rose.
- Stary, ale nam napędziłeś stracha! - zwrócił się do niego trupioblady chłopak. Ro w panice ścisnęła go za szyję.
- AUU! - zawył - Zwariowałaś, czy jak?!
- Sprawdzałam, czy masz puls - odparła czerwieniąc się.
- Kto cię tak urządził? - spytał James - Pomfrey mówi, że będziesz musiał być co najmniej tydzień w Skrzydle Szpitalnym, bo to zaklęcie zostało rzucone nieprawidłowo i coś tam... Błagam, nie karz mi tego powtarzać! - zamyślił się i po chwili palnął - A nie, czekaj, czekaj, wiem: Malfoy, tak?
- Co: Malfoy?
- No, on cię zatentegesował, no nie?
Al pokiwał głową.
- Pożałuje.. - szatyn zacisnął pięści - Najpierw zamorduję jego, potem jego matkę, a na koniec wgniotę w ziemię jego starą chałupę...
- Trochę za dużo jak na jeden raz. Wystarczy, że go zamordujesz - zażartował James. Rose zachichotała.
- Gratulacje, panowie Potter, pani Weasley - zagrzmiała profesor McGonagall, która od dłuższego czasu przysłuchiwała się ich rozmowie zza grubego, obrośniętego sztucznym bluszczem słupa - pozwoli państwo, że zanim dokonacie tych wiekopomnych czynów, Gryffindor straci pięć punktów.
***
Harry leżał na kanapie w salonie przykryty kocem. Złapało go jakieś przeziębienie, ale w Magicznej Aptece zabrakło eliksirów na tego typu schorzenie. Nic dziwnego, skoro wybuchła epidemia grypy... Cały dzień spędził w ten sposób, jedynie w towarzystwie Lily siedzącej w pokoju. Przed chwilą obudził się z drzemki i postanowił włączyć wiadomości, bo skoro nie mógł iść do pracy, chciał chociaż w jakiś sposób uczestniczyć w chwytaniu ostatnich śmierciożerców.
- Witam na wieczornym wydaniu Mody Czarodziejskiej!
KLIK!
- Przed skorzystaniem zapoznaj się z treścią ulotki, lub skonsultuj się z uzdrowicielem lub...
KLIK!
- A teraz zaśpiewa nasza ulubiona czarownica, Madonna!
"To Madonna jest czarownicą?" - zdziwił się Wybraniec - A z resztą, w co ja się bawię! - zezłościł się i odrzucił pilot na bok. Chwycił różdżkę i skierował ją na ekran.
- Transibit!
Ekran zaświecił się na czerwono i odezwał się kobiecym głosem.
- Wybrałeś opcję "Przełącz się" za pomocą zaklęcia Transbit. Na jaki kanał chcesz przełączyć?
- Wiadomości Ze Świata Magii - mruknął Harry.
- Zlecenie w trakcie realizacji... Proszę czekać, to może zająć od piętnastu do trzydziestu minut...
Harry jęknął i wyłączył odbiornik. W tej chwili dało się słyszeć łomotanie do drzwi. Jak przez mgłę usłyszał głos Ginny, zanim wyszła z domu:
- Harry, masz leżeć w łóżku, jasne? Inaczej zastosuję tę miksturę ciotki Muriel...
Mężczyzna wzdrygnął się. Za nic nie chciał znowu przechodzić tych tortur.
- LILY, KOTKU, KTOŚ PUKA, MOŻESZ OTWORZYĆ? - krzyknął. Po paru sekundach ze schodów zbiegła jego córka. Ponieważ Lily musiała zamknąć drzwi od przedpokoju, Harry nie słyszał, kto wszedł. Po chwili dziewczynka wbiegła do pokoju.
- Tato, ciocia Hermiona przyszła. Mówi, że ma sprawę do mamy, ale jej nie ma, więc powiedziała, że możesz być ty.
- Hermiona? - zdziwił się - przecież ona miała być w Grecji... To musi być coś ważnego. Zerwał się z kanapy i pobiegł do holu. Na drugim końcu stała zaczerwieniona Hermiona w potarganych włosach i z chusteczką higieniczną w ręku. Kiedy zobaczyła, że zbliża się Harry, natychmiast do niego podbiegła i zarzuciła mu ręce na szyję.
- HERMIONO, CO SIĘ STAŁO? - przeraził się. Nigdy nie widział przyjaciółki w takim stanie. Głośno wydmuchała nos i puściła Harrego.
- Więęęęccc jaaaa... - szlochała. Po chwili znowu wybuchła płaczem.
- Chodź, naleję ci herbatę i wszystko mi opowiesz - zaproponował łagodnie - ale najpierw się uspokój. Kobieta pokiwała głową i pozwoliła zaprowadzić się do kuchni. Kiedy picie było gotowe i oboje usiedli przy stoliku, trochę się uspokoiła. Pociągnęła potężny łyk gorącego napoju i zaczęła mówić łamiącym się głosem:
- Więc... Ja... Byłam w hotelu, i Rooon poszedł do miasta... I wrócił z jakąś babą... Zaproponowałam deser... Upuściłam jej na szatę kawałek ciasta... Nazwała mnie szlamą, a Ron nawet mnie nie bronił... Powiedział, że to jego współpracowniczka... Muszą wyjechać w jakiejś ważnej sprawie... Teleportowali się.
Po policzkach Hermiony pociekły łzy.
- Harry, ja nie wiem co o tym myśleć! Szatyn westchnął. Poprawił okulary na nosie i stwierdził:
- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz, Hermiono? Nie wyciągajmy pochopnych wniosków, wierzmy Ronowi. Przynajmniej na razie. Pogadam z Ginny, ale na pewno zgodzi się, żebyś na czas nieobecności Rona zamieszkała u nas. Wystarczy, że weźmiesz swoje rzeczy.
- Och, Harry! - uśmiechnęła się smutno - dziękuję, chyba bym nie wytrzymała sama. Tylko nie mówmy nic moim dzieciom, dobrze?
- Jasne.
Po chwili znowu ktoś zapukał. Tym razem to była Ginny.
- Harry, nie uwierzysz! - rozpromieniła się i pocałowała męża w policzek. Jednak uśmiech spełzł jej z twarzy, kiedy zobaczyła jego niewesołą minę i Hermionę, która wyglądała jakby właśnie przeżyła nalot bombardowców.
- Kochani, co się stało?
***
Ted Lupin siedział w bibliotece i czekał. Co jakiś czas zerkał na złoty zegarek, który dostał od ojca chrzestnego na piętnaste urodziny.
Gdzie ona jest?
Po chwili do środka weszła piękna dziewczyna o urodzie wili. Potrząsnęła swoimi srebrzystymi włosami. Chłopak poderwał się z miejsca.
- Veruca... - szepnął - Czekałem.
- Za dluga ty czekaleś na mni? - zmartwiła się. Jej głos miał w sobie... to coś. I ten francuski akcent...
- Nigdy nie czeka się za długo na ciebie - stwierdził i chwycił ją za rękę. Veruca spojrzała mu w oczy i przybliżyła się. Teddy pocałował ją. Ona odwzajemniła pocałunek.
- BIBLIOTEKA JEST ZAMKNIĘTA! - ryknęła zza biurka bibliotekarka - JUŻ MI STĄD, BO ODEJMĘ TYSIĄC PUNKTÓW GRYFFINDOROWI I RAVENCLAWOWI!
Oboje odskoczyli od siebie i szybko wybiegli za drzwi.
- Możi mi pójdziemy na błonia? Tam jist... pięknij... - zaproponowała Veruca, nerwowo zerkając za ramię.
- Dobry pomysł, skarbie - zgodził się Teddy.
***
Tej nocy cały Hogwart usłyszał przenikliwy wrzask dochodzący z lochów. Wszystkie cztery dormitoria zerwały się na równe nogi. Nawet gruchająca parka romansująca na błoniach była zmuszona do powrotu do zamku.
- ŻE... JAK?! - młody Malfoy zrobił się czerwony na twarzy. Usiłował dosięgnąć i zmiąć list, który przed chwilą przeczytała mu profesor McGonagall.
- Panie Malfoy, proszę się uspokoić! - nauczycielka za pomocą zaklęcia zamknęła kopertę w swoim gabinecie.
- MÓJ OJCIE NIGDY... BY CZEGOŚ TAKIEGO NIE ZROBIŁ! TO JAKIŚ SPISEK! - ryknął Simphson.
- Panie Malfoy, proszę myśleć rozsądnie: przecież się podpisał! Minus dwadzieścia punktów dla Slytherinu za ten nocny koncert wrzasków! A teraz żegnam pana, muszę uspokoić resztę dormitoriów, że to nie był wybuch bomby atomowej, tylko krzyki pana Malfoya. I przypominam panu, że ma pan jutro szlaban u woźnego Filcha. To chyba żadna strata, skoro pana ojciec zabronił panu wycieczek do Hogsmeade...
- EXPELIARMUSS! - ryknął Malfoy w stronę pani profesor. Całe szczęście udało jej się zablokować zaklęcie tarczą.
- Coś takiego, uczeń miota zaklęciami w nauczyciela... - McGonagall pokręciła głową - PANIE, MALFOY ma pan przez dwa miesiące szlaban u mnie, zaczynając od JUTRA. Poza tym, pański dom traci jeszcze pięćdziesiąt punktów. Życzę miłej nocy. Przed drzwiami dało się słyszeć chichoty.
- PANIE POTTER, PANI WEASLEY, GRYFFINDORN ZNOWU TRACI PIĘĆ PUNKTÓW ZA PODSŁUCHIWANIE I WŁÓĆZENIE SIĘ PO CISZY NOCNEJ! A TERAZ JAZDA DO DORMITORIUM!
***
Ginny zaproponowała Hermionie kąpiel na uspokojenie. Teraz ona i Harry siedzieli przygnębieni na kanapie w salonie.
- Jak Ron mógł jej coś takiego zrobić! – zacisnęła pięści – może wyślemy Lily do matki, co? Niech Hermiona sobie odpocznie.
Harry pokiwał głową.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz, bo ciotka Muriel już przygotowała miksturę – żartobliwie pogroziła mu palcem. Pocałowali się.
- O, właśnie, Harry, list od dzieciaków! – kobieta wyjęła z kieszeni płaszcza zwiniętą w rulonik kopertę – patrz, co piszą!
Cześć mamo, tato i Lily!
Fajnie się bawimy, nie ma co! Mamy dużo pracy domowej, ale za to Malfoy oberwał! Będzie miał szlaban przez dwa miesiące u McGonagall, my jej tylko troszkę pomogliśmy, wysyłając pewien list… A z resztą, nie ważne! Babcia wysłała nam Fasolki We Wszystkich Smakach i Al natrafił na tą o smaku gilowym… Hi, hi, teraz chce mi wytrącić pióro z ręki, więc nie dziwcie się, że zrobię kleksa.
Całuski,
Albus, James i Teddy
A w szczególności James, bo to ja pisałem ten list
Dorośli spojrzeli na siebie.
- Damy im karę za ten list dla Malfoya? – zagadnęła Ginny.
- Jasne, że NIE! - wrzasnęli jednocześnie.
Wybuchli śmiechem.
- A, właśnie, chciałaś coś powiedzieć, kiedy wchodziłaś do domu – Harry spoważniał – Co to było?
- No bo… Widzisz… - uśmiechnęła się Ruda – Chciałam ci to powiedzieć wcześniej, ale nie było okazji… Znowu będziemy rodzicami!
Końcówka trochę kiepska, ale mam nadzieję, że się podoba ;) Piszcie, czy fajne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz