sobota, 7 lipca 2012

Rozdział I

Przejście na ulicę otworzyło się przed pięcioosobową rodziną. Przodem szedł wysoki i chudy mężczyzna o czarnych, rozwianych włosach i zielonych oczach. Na jego nosie spoczywały okrągłe okulary. Miał na sobie granatową, gustowną szatę. Tuż za nim podążała rudowłosa kobieta starająca się zapanować nad kłótnią dwójki synów. Jeden z nich wyglądał jak wierna kopia ojca, natomiast drugi odziedziczył geny po matce. Za nimi spokojnym krokiem szła na oko dziewięcioletnia dziewczynka bardzo podobna do rudowłosej kobiety, miała jednak zielone oczy, tak jak tata.

- Mamo, prawda, że nie trafię do Slytherinu? - upewniał się Albus.

- James - skarciła matka drugiego syna - Znowu dokuczasz Albusowi?

- Ja mu tylko mówię, że może trafić do Slytherinu! Przecież każdy może - upierał się James. Harry westchnął i podszedł do chłopców.

- James'ie Potter, nie chcę, żebyś znowu zaczynał. Nie dokuczaj bratu. A co do ciebie - mężczyzna zwrócił się do Albusa - Albusie, profesor Snape, od którego odziedziczyłeś drugie imię, był opiekunem Slytherinu, a i tak zachował się bardzo odważnie, przecież ci opowiadałem, prawda?

- Tak, racja - przyznał Albus. Ginny westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do męża. Harry odwzajemnił uśmiech.

- A kiedy JA pójdę do Hogwartu? - spytała Lily.

- Za rok, skarbie - odpowiedział jej ojciec - O, chłopcy, księgarnia "Esy i Floresy"! Dajcie swoje listy, kupię wam książki.

- Harry - powiedziała Ginny - weź Jamesa i Albusa do "Esów i Floresów", potem kup im szaty, a ja pójdę z Lily po sowę dla Albusa, dobrze?

- Tak, to dobry pomysł - przyznał Harry, usiłując ujarzmić synów, którzy ciągnęli go za rękaw w stronę księgarni - Potem kupimy Albusowi różdżkę, kociołek już mamy, tak Ginny?

- Tak.

- A na koniec pójdziemy spotkać się z Ronem i Hermioną w lodziarni.

- A będzie Rose? - Lily zaczęła skakać w miejscu.

- A Hugo? - zagadnął James.

- A Teddy? - jęknął Albus.

- Tak, wszyscy będą - potwierdziła Ginny - Trochę porozmawiamy, a potem wrócimy do Strumyczka i będą u nas nocować. Dobrze, chodź Lily, wybierzesz sowę, tak?

- Tak, tak! - ucieszyła się Lily - Będzie się nazywać "Hedwiga", dobrze? Tak jak sowa taty! Harry uśmiechnął się smutno.

- Może się tak nazywać - zgodził się - mam tylko nadzieję, że...

- Harry, nie przy Lily - szepnęła Ginny, a potem poszła z córką do sklepu z magicznymi stworzeniami. Albus, James i Harry weszli do "Esów i Floresów". Młodszy syn Wybrańca podziwiał niemal wszystko, gdyż pierwszy raz kupował coś na Pokątnej.

- James, miałeś rację, tu jest genialnie! - zachwycał się. Jego entuzjazm lekko osłabł, kiedy podbiegł do regału zajętego w całości przez szczelnie związene "Potworne Księgi Potworów".

- To na opiekę nad magicznymi stworzeniami, tak, tato? - spytał niepewnie.

- Tak - odparł Harry - Nic dziwnego, skoro nauczycielem jest Hagrid...

- To ten WIELKI OLBRZYM?! - jęknął Albus - Tato, nie wiem, czy chcę jechać... on mnie zgniecie...

Mężczyzna obdarzył drugiego syna nieprzychylnym spojrzeniem.

- James, co ty naopowiadałeś bratu?

Chłopak nagle zauważył, jak interesujące są jego paznokcie. Harry'emu zbierało się na śmiech, jednak nie chciał pokazać, że popiera zachowanie starszego syna, który co krok pakował się w kłopoty i straszył młodsze rodzeństwo Hogwartem, w którym zaczynał już drugi rok. Całe szczęście Teddy Lupin, którym Harry zajmował się od chwili, w której jego rodzice zginęli w walce z Voldemortem, był grzecznym, piętnastoletnim chłopcem i działał trochę uspokajająco na jego własne dzieci, bynamniej nie spokojne.

- No wiesz tato... - jąkał się James - Więc ja mu powiedziałem, że Hagrid jest duży, on na to "czy jest olbrzymem", a ja mu na to "prawie", a on na to "mamo!"...

Harry pokręcił głową, upomniał starszego syna i zaczął pakować książki do kufra. Po wyjściu z "Esów i Floresów" skierowali się do sklepu z szatami Madame Malkin, na co James i Albus jęknęli. Harry wcale im się nie dziwił. Sam nie lubił stania na czarnym, chropowatym stołku w zacienionym pomieszczeniu, oraz wbijania w jego szatę szpilek przez właścicielkę sklepu. Na otuchę potarł im włosy, które zrobiły się jeszcze bardziej odstające. Postanowił nie mówić o tym swojej żonie, która układała je przez cały ranek.

- Proszę, proszę, kogo my tu mamy - odezwał się znajomy, drwiący głos, kiedy Albus i James stanęli już na stołkach i wokół nich zaczęły uwijać się madame Malkin i jej pomocnica - pan Potter, czy tak?

Harry zauważył przyczajonego w kącie tyczkowatego mężczyznę o włosach koloru tleniony blond. Zacisnął pięści. Tak, to musiał być Draco Malfoy, jego wróg numer dwa, zaraz po Voldemorcie. Harry sądził, że po tym, jak dwa razy uratował Malfoy'owi życie, ten choć trochę się zmienił. Widocznie jednak się pomylił.
- Uszanowanie, Malfoy - mruknął.

- No cóż... - Draco uśmiechnął się nieszczerze - Doszły mnie słuchy, że szlajasz się ze zdrajczynią krwi, jak jej tam, a tak... Weasly?

- Zamknij dziób, Malfoy, jeśli nie chcesz przy tym mojej pomocy - wycedził Harry. Co jak, co, ale obrażania Ginny nie zniesie. Albus i James obejrzeli się do tyłu na ojca, ale gdy zobaczyli Dracona, natychmiast odwrócili głowy.

- Widzę, że wychowałeś synalków - mruknął Malfoy - Simphson - powiedział do małego chłopca stojącego za nim - przywitaj się z panem!

Chłopak przygładził mysie włosy i mruknął ledwo dosłyszalnie:

- Bry, panie Pottass*. Jego ojciec wyszczerzył zęby w uśmiechu, natomiast adresat obelgi zacisnął pięści i podszedł do Malfoy'ów.

- Słuchaj, żebyśmy się zrozumieli, nie chcę, żebyś bił mojego syna - powiedział Draco na tyle głośno, że madame Malkin odwróciła się od Jamesa.

- Kto kogo chce tu bić? - spytała groźnie.

- Ten tutaj - Malfoy wskazał na wściekłego Harry'ego - Mojego syna, Simphsona. Chłopiec drgnął i schował się za tatę.

- Nikogo nie chcę bić! - oburzył się Potter - "Poza, oczywiście, jednym półgłówkiem, który stoi przede mną" - dodał w myślach. Madame Malkin wróciła do pracy kiwając głową, natomiast Albus zeskoczył ze stołka i podbiegł do ojca. Po chwili James również był gotowy.

- No to co, chłopcy, idziemy spotkać się z mamą przy sklepie Ollivander'a? - zagadnął Harry. James i Albus pokiwali głowami.

- Do niemiłego, Potter! - zawył za nimi Malfoy.

- Niech ci los nie sprzyja - odgryzł się Harry i razem z synami opuścił sklep. Kiedy znaleźli się na miejscu spotkania z Ginny i Lily, dziewczyn jeszcze tam nie było.

- Widzieliście tego chłopca? - spytał Potter. Albus i James przytaknęli. - Uważajcie na niego w Hogwarcie. W razie co, używajcie zaklęć z mojego podręcznika do eliksirów - podetknął im pod nos wysłużone "Eliksiry dla zaawansowanych", które od razu znalazły się w kufrze Jamesa.



***



Kilka godzin później Harry, Ginny, Ron i Hermiona siedzieli przy stoliku w lodziarni i rozmawiali, natomiast dzieci przesiadywały w środku bawiąc się z nowym pupilkiem sprzedawcy, gadającym gekonem.

- Harry, wiesz, że Ron zdał na mugolskie prawo jazdy? - Hermiona właśnie dzieliła się najnowszymi nowinami z przyjaciółmi. Ginny i Harry wymienili zaskoczone spojrzenia.

- No, naprawdę, a ona myślała, że rzuciłem na egzaminatora Confundusa! - chwalił się Ron.

- A nie rzuciłeś? - spytał rozbawiony Harry. Ron nachylił się do niego i szepnął:

- No jasne, że rzuciłem, ale jakoś sobie radzę, rozumiesz, przynajmniej nie da się rozszczepić, jak przy teleportacji...

Po chwili jednak dodał głośno, tak, żeby Hermiona i Ginny słyszały:

- Tak, właśnie mówiłem Harry'emu, że nie rzuciłem na nikogo zaklęcia Confundusa, zdanie egzaminu to TYLKO i wyłącznie zasługa mojej pracy.

- Jestem pod wrażeniem, że to powiedziałeś - mruknęła Ginny.

- A ja nie! - dodała szybko Hermiona. 

Ron trochę się zarumienił, a Ginny i Harry parsknęli śmiechem.

- Teddy był grzeczny? - spytał Harry, kiedy się uspokoił.

- Powiedziałbym wręcz, że sztywniacki. - mruknął Ron - W niczym nie przypomina Freda i Georg'a, kiedy byli w jego wieku...

Hermiona spojrzała na niego z niesmakiem.

- No wiesz co, Ron, myślałam, że koniec już z porównywaniem wszystkich do Freda i Georga. Kiedy Hugo skończył cztery lata i rozbił wazon, powiedziałeś "To w niczym nie przypomina sposobu, w jaki Fred kilka lat temu rozwalił lampę matce". Kiedy Rose wypadł ząb powiedziałeś...

- Dobra, dosyć, okrywasz hańbą naszą rodzinę - mruknął Ron.

Harry usłyszał wrzaski od strony wyjścia. Po chwili z lodziarni wybiegły dzieci, krzycząc jeden przez drugiego:

- Tato, możemy już iść?

- Mamo, boli mnie brzuch, możemy już iść do Strumyczka?

- Mamo, chcę zwymiotować, choćmy do domu!

- Tato, jestem zmęczona, chodźmy!

Dorośli spojrzeli po sobie.

- Nie wiem jak wy, ale ja myślę, że oni coś knują - stwierdził cicho Harry.

- Też tak myślę, ale chyba powinniśmy już iść, jutro jadą do Hogwartu więc lepiej, żeby byli wypoczęci - oponowała Ginny.

- Ja też chcę do domu, muszę załatwić pilną potrzebę - wydukał Ron.

- Teleportujemy się, czy proszek Fiuu?

- Radziłabym proszek Fiuu, jest nas dużo, teleportacja łączona z naszymi dziećmi nie wypali. Mam saszetkę proszku w torbie.

Po czym dziesięć osób, dwie sowy i cały ich dobytek weszli do lodziarni i podeszli do kominka, żeby dostać się do Strumyczka przy pomocy sieci Fiuu.

------------------------------------------------------------------------------------

* - jeśli nie rozumiecie, co oznacza "ass", sprawdźcie w Google Tłumaczu ;) ;)

I co, podoba się? Mam nadzieję, że tak ;) Rozdział trochę nieudany, bo pierwszy, potraktujcie więc go jako pewnego rodzaju wstęp. Przewiduję duużo części, więc uwagi proszę pisać w komentarzach.

3 komentarze:

  1. Jasne, że się podoba. Nawet bardzo ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko czy syn Malfoya nie nazywał się Scorpionus? I wydaje mi się, ze Potter i Malfoy AŻ tak bardzo się nie nienawidzili... Ale poza tym to fajnie piszesz :)

    OdpowiedzUsuń